Twórca i niszczyciel

Film Billa Condona „Piąta władza” jest niezwykły i niejednoznaczny jak historia, którą opowiada. Po mistrzowsku zmontowany, zadziwia szybkością akcji, a sceny rzeczywiste i symboliczne zmieniają się w nim jak w kalejdoskopie. Mimo to zachowana jest ciągłość akcji i możliwe też jest jej rozumienie na bieżąco podczas oglądania.

Treścią filmu jest historia WikiLeaks i jej twórcy Juliana Assange’a, widziana oczami jego współpracownika Daniela Domscheit-Berga. Niestety Julian, pragnąc walczyć z zakłamaniem „wielkiego świata”, sam w swojej działalności okazuje się zakłamany. I choć to Daniel finansuje całe przedsięwzięcie, Julian kreuje się na jego gwiazdę, co podkreśla jeszcze znakomita gra aktorska Benedicta Cumberbatcha. Daniela Berga natomiast gra równie wyśmienicie Daniel Bruhl.

Aktorzy w mistrzowski sposób ukazują rodzący się konflikt między bohaterami. Julian ogarnięty przez swoją idee fixe nie chce słuchać nikogo i nie zwraca uwagi na śmiertelne niebezpieczeństwo, na jakie wielu ludzi naraża jego nieokiełznana działalność. Tymczasem Daniel i inni bohaterowie historii próbują temu przeciwdziałać. Reakcja Juliana na ich głosy rozsądku jest nieobliczalna i przywodzi na myśl wybuch choroby psychicznej lub co najmniej megalomanii.

Smaczku filmowi dodaje także ciekawa i różnorodna scenografia. Akcja dzieje się w rozmaitych wnętrzach – salach konferencyjnych i prywatnych mieszkaniach, dworcach, samolotach i artystycznych squotach, redakcjach gigantów prasowych i rolniczych oborach, biurach rządu amerykańskiego i bliskowschodnich pałacach.

Dlatego chyba nie sposób dostrzec wszystkich artystycznych walorów filmu podczas jednokrotnego oglądania. Warto go więc nabyć i obejrzeć co najmniej kilka razy. Film ten jest stosunkowo nowy – z 2013 roku. Jest więc jeszcze w miarę łatwy do zdobycia. Choćby na Allegro można go znaleźć:

Jajko mądrzejsze od kury

Poglądy zawarte w książce Stanisława Lema „Golem XIV” dziś już nie szokują, bo nie takie rzeczy już żeśmy słyszeli. Ale w latach siedemdziesiątych, gdy powstawały te teksty, były prawdziwie obrazoburcze. Może więc dlatego Lem nie wygłasza ich osobiście, ale wkłada w usta (czy może raczej w głośnik) światłowodowego superkomputera, który powstawszy na potrzeby Pentagonu wypowiedział swoją służbę w armii i jako w niej bezużyteczny został przekazany uniwersytetowi.

Tytułowy Golem XIV przez sześć lat dawał wykłady dla naukowców, z których dwa – pierwszy i ostatni – są zawartością tej książki. A są naprawdę karkołomne, bo Lem zdaje się nie uznawać żadnych tradycyjnych wartości. Bez skrępowania mówi o kulturach ludzkości jako protezach niezbędnych dla przetrwania, gdy Natura pozbawiła człowieka koniecznych do tego instynktów, jakie ma każde zwierzę. Określa rozwój ewolucyjny jako de facto regres, a nie progres. A także przewiduje w przyszłym rozwoju ludzkości wybór między oddaniem władzy komputerom a autoewolucją człowieka skutkującą porzuceniem w pewnym momencie naturalnego człowieczeństwa jako balastu w tym rozwoju.

Tyle pierwszy wykład, który ma za temat człowieka. W drugim Golem mówi o sobie. I tu roszczenia cyfrowego bohatera stają się naprawdę ogromne. Autor każe nazwać się Golemowi nie istotą rozumną tylko, ale samym Rozumem w swej istocie. Ale Rozum ten nie jest nieskończony, bo jak sam mówi zamierza się rozwijać nadal i nawet kosztem ryzyka autodestrukcji wspinać się na coraz wyższe poziomy.

Ta książka Lema jest niewielka, ale intelektualnie karkołomna. Nie podejmę się tu jej streszczać, bo dla zrozumienia myśli Autora konieczne jest jej przeczytanie w całości. Tu mogłam tylko nakreślić z grubsza tematy, które podejmuje Lem jakby uzupełniając i ekstrapolując własne eseje z „Summa technologiae”, które to dzieło pragnę także omówić tu w niedalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że to mi się powiedzie. A póki co odsyłam do omawianego dziś dzieła Lema, czyli „Golema XIV”. Można je zdobyć tu jako audiobok:

Łatwiej zapobiegać niż leczyć

Bogata w komórki macierzyste krew pępowinowa uchodzi za cenny lek, warty pobrania i zdeponowania na przyszłość. Okazuje się jednak, że pozostawienie jej w krwiobiegu noworodka przyczynia się do lepszego rozwoju jego mózgu (o czym pisałam w innym artykule) i serca (czym zajmiemy się teraz).

Aby to wytłumaczyć, trzeba najpierw objaśnić funkcjonowanie krwiobiegu płodowego i zmiany, jakie się dokonują w nim bezpośrednio po urodzeniu. Przed porodem krew dziecka nie płynie do płuc po tlen i składniki odżywcze, ale kieruje się w tym celu do łożyska. Do płuc płynie zaledwie niewielka ilość krwi, aby odżywić je w ich rozwoju. Dlatego nie ma separacji pomiędzy krążeniem płucnym a krążeniem obwodowym – i krew miesza się w sercu dziecka poprzez otwór owalny łączący oba jego przedsionki.

Po porodzie ciało dziecka ściśnięte wcześniej w drogach rodnych matki, rozpręża się w szybkim tempie i krew nagle w dużej ilości napływa do krążenia płucnego. To powoduje znaczną różnicę ciśnienia krwi pomiędzy przedsionkami serca. Ciśnienie to zamyka zastawkę w otworze owalnym, separując krążenie płucne od krążenia obwodowego. W ciągu następnych godzin komórki macierzyste z krwi i z serca powodują ostateczne zarośnięcie tego zamknięcia.

Najistotniejsze znaczenie dla przebiegu tego ważnego procesu ma różnica ciśnień pomiędzy przedsionkami bezpośrednio po urodzeniu dziecka. Jeżeli standardowo zaciśnie się pępowinę natychmiast po porodzie, krew pępowinowa przestanie napływać do krążenia noworodka i ta różnica będzie pomniejszona. Przy opóźnieniu odpępnienia o kilka minut krew z łożyska nadal napływa do krwiobiegu dziecka. Ma to potrójne znaczenie.

Po pierwsze w krążeniu noworodka znajduje się wtedy 20 do 30 procent więcej krwi, niż by było przy natychmiastowym zaciśnięciu pępowiny. To znaczy, że różnica ciśnień pomiędzy przedsionkami serca jest większa, co ułatwia zamknięcie otworu owalnego. Po drugie cały ten ważny proces przebiega w bardziej komfortowych dla organizmu warunkach podwójnego natlenienia krwi – nadal poprzez łożysko i w nowy sposób, poprzez aktywne oddychanie dziecka. Eliminuje to w tym newralgicznym momencie groźbę niedotlenienia, która zmusza dziecko do gwałtownego nabierania powietrza i powoduje niekorzystny dla przebiegu procesu stres. I po trzecie wreszcie cenne komórki macierzyste z krwi pępowinowej dostają się nadal do krwiobiegu dziecka.

Opóźnienie odpępnienia noworodka aż do ustania tętnienia i samoczynnego zaciśnięcia się pępowiny może więc aż na trzy sposoby zapobiec drobnej, ale dokuczliwej dolegliwości, jaką jest niecałkowite zamknięcie otworu owalnego. Warto więc je stosować, bo jest metodą wymagającą tylko dobrej woli personelu asystującego przy porodzie – więc całkowicie pozbawioną kosztów.

No dobrze, ale co wtedy z możliwością pobrania krwi pępowinowej, co wiąże się z potrzebą przyspieszonego przecięcia pępowiny? Otóż nie. Istnieje bowiem też możliwość odciągnięcia tej krwi z łożyska, po jej naturalnym i samoistnym zamknięciu.

Firmy deponujące krew pępowinową z pewnością włączą tę metodę do swojej oferty, jeśli wytworzy się popyt na taką usługę. A dla wytworzenia tego popytu społeczna świadomość korzyści wynikających z opóźnienia odpępnienia dziecka będzie na pewno kluczowa. To dlatego napisałam ten artykuł.

Gaja

Od kilkunastu lat na mojej półce z książkami znajduje się niewielkie, ale bardzo ciekawe dziełko. Jest to książeczka Jamesa Lovelocka „Gaja. Nowe spojrzenie na życie na Ziemi”. Powstała ona w roku 1979, ale z powodu jej rewolucyjności Autor wydał ją jeszcze w 1995 roku prawie bez zmian. W Polsce natomiast ukazała się w 2003 roku, a i dziś wciąż czyta się ją z zainteresowaniem.

Nie jest to bowiem zwykła książka popularnonaukowa. Wyznacza ona nowy paradygmat w naukach o ziemskiej biosferze, postulując spojrzenie na nią nie tyle szczegółowe, co ogólne jakby z lotu ptaka. I zachęca też do połączenia w tym spojrzeniu metod i wyników różnych nauk.

Dziś to nie dziwi – nazywamy to badaniami interdyscyplinarnymi. Lecz w latach siedemdziesiątych nie były one tak chętnie podejmowane. Lovelock jako chemik patrzy na całą Ziemię przez pryzmat jej składu chemicznego, ale posiłkuje się też danymi z mikrobiologii, cybernetyki, geologii czy oceanografii.

Cała książeczka poświęcona jest postawieniu i obronie jednej tezy – tego mianowicie, że ziemskie życie aktywnie uczestniczy w przystosowaniu ziemskiego środowiska dla własnych potrzeb. Przykładem jest ograniczanie do bezpiecznych rozmiarów ilości atmosferycznego tlenu przez metan wydzielany przez bakterie beztlenowe. Gdyby nie to, tlenu w atmosferze przybyłoby do poziomu stwarzającego ogromne zagrożenie pożarowe.

W czasach, gdy ta książeczka powstawała, było dla niej jeszcze niewiele danych szczegółowych. Ale Autor i tak podał przykłady ogólnoziemskich dodatnich i ujemnych sprzężeń zwrotnych. Przyczyniają się one do regulacji nie tylko składu atmosfery, ale i zasolenia oceanów i do utrzymania umiarkowanego, przyjaznego dla życia klimatu na całym prawie globie.

Lovelock też trochę polemizuje z przewidywaną reakcją, że jego hipoteza powinna być badana na gruncie ekologii – nauki o współżyciu organizmów ze swoim środowiskiem. Pisze że ekologia zajmuje się głównie interakcjami organizmów pomiędzy sobą i ma na uwadze głównie organizmy makroskopowe, a jego hipoteza Gai bierze pod uwagę przede wszystkim działalność mikroorganizmów. I trochę odżegnuje się od ruchów ekologicznych, mimo że dla nich jego książka stała się kultową.

„Gaja” jest już wiekowa, licząc czas szybkością rozwijania się nauki. Mimo to jednak przeczytać ją warto. W księgarniach rzecz jasna jej nie ma, ale na Allegro jest dosyć często sprzedawana:

Wszystkie krajobrazy Pandory

„Avatar” Jamesa Camerona należy do moich najbardziej ulubionych filmów. Oglądałam go już niezliczoną ilość razy, i zawsze zachwycam się niesamowitą grafiką tego filmu i jego mistrzowską animacją.

Nie jest to jednak, jak wiadomo, wyłącznie film animowany. Zaczyna się jak typowy aktorski film science-fiction, a potem w udany sposób łączy sceny aktorskie i animowane. Jego treść obraca się wokół stosunku ludzi z Ziemi do mieszkańców Pandory – planety, na którą przylecieli z zamiarem eksploatacji występującego na niej minerału.

Główni bohaterowie filmu funkcjonują zarówno jako ludzie, jak i w świecie tubylców za pośrednictwem specjalnych, wyhodowanych dzięki inżynierii genetycznej awatarów. Dzięki nim mają za zadanie pośredniczyć w dialogu obu światów. I chociaż robią oni co mogą dla uniknięcia konfrontacji, dialog nie udaje się wskutek zachłanności ziemskich konkwistadorów planetarnych, i dochodzi do wojny, w której uzbrojeni po zęby Ziemianie stają naprzeciw noży i łuków leśnych łowców z Pandory. I jednak ją przegrywają.

Jak nakazuje konwencja podobnych opowieści, wygrana gospodarzy planety staje się możliwa dzięki głównym bohaterom filmu, i dzięki garstce sprawiedliwych, którzy z nimi stają do walki. Mamy tu oczywiście także romans animatora awatara z przedstawicielką ludu gospodarzy. Romans rzecz jasna pełen nieporozumień i napięć, które jednak zostają pokonane.

Opowieść więc jest standardowa i konwencjonalna, ale akcja trzyma w napięciu i ogląda się ten film doskonale. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę świetną grafikę i animację, można uznać go za dzieło wspaniałe. Przepiękna dżungla, po której prawowici mieszkańcy poruszają się jak akrobaci, a potem jeszcze niesamowite, zawieszone w przestrzeni góry, które dopełniają obrazu. Nad tym wszystkim czuwa Eywa, tajemnicza bogini matka, wyznawana przez ludy Pandory – i ona w końcu pomoże wygrać wojnę, poproszona o to przez Ziemianina w awatarze, którego wcześniej sama sobie wybrała.

Przepiękny film, i przepiękna opowieść, mimo że w gruncie rzeczy bardzo konwencjonalna. Warto go więc zakupić. A można go tutaj znaleźć:

Społeczeństwo przyszłości

Wśród powieści Stanisława Lema „Powrót z gwiazd” należy do tych najbardziej udanych. Pełna genialnych opisów świata przyszłości, począwszy od dworca rakietowego na początku, poprzez niezwykłe, bo wielopoziomowe miasto wyrosłe dzięki opanowaniu grawitacji, przez bardziej dzikie krajobrazy terenów wypoczynkowych – aż po góry, w których na sam koniec książki jej bohater wspina się nocą. I wszystko to z punktu widzenia kogoś obcego, nieprzygotowanego na to. Bo Hal Bregg przed ponad wiekiem opuścił zupełnie inną Ziemię, aby polecieć w kosmos.

Bregg jest obcy nie tylko wobec technologii, ale i wobec społeczeństwa przyszłości. Po pierwsze przez to, że wszyscy są betryzowani – poddani po urodzeniu zabiegowi uniemożliwiającemu zabójstwo oraz narażanie się na niebezpieczeństwo własne. Po drugie dlatego, że w świecie zastanym po powrocie panuje powszechny dobrobyt, co rozluźnia więzy społeczne – ze związkami damsko-męskimi włącznie.

Trudne wejście bohatera w tak bardzo odmienny świat opisane jest dynamicznie, prawie jak w powieści szpiegowskiej. Także romans z zamężną kobietą, wzbudzający w nim wyrzuty sumienia, które niezrozumiałe byłyby dla pełnoprawnych członków tego społeczeństwa, gdyby tylko mogli je poznać. W końcu sama dziewczyna, nie wiedząc jeszcze kogo wybrać, tłumaczy, że zawarła ze swoim mężem małżeństwo jedynie próbne, na rok czasu. I wychodzi za Bregga nie musząc nawet kłopotać się czymś tak prostym, jak rozwód.

Towarzysze Bregga z kosmosu nie umiejąc pogodzić się z tak odhumanizowanym światem planują następną wyprawę, a właściwie ucieczkę w kosmos. Hala wiąże z Ziemią jego żona. Dzieci nie mają – a zresztą by uzyskać pozwolenie na dziecko trzeba najpierw zaliczyć trudny egzamin z umiejętności wychowawczych. Eri jako urodzona w tym świecie nie widzi w tym nic dziwnego – w końcu wychowanie jego nowych obywateli jest tak ważne, że musi być robione profesjonalnie. Żona zresztą przedstawia Breggowi argumenty i za innymi aspektami nowego społeczeństwa, które trudno zaakceptować jej mężowi.

Wydaje mi się, że i dla samego Lema przygody Hala Bregga były pretekstem, aby przemyśleć sobie ideę człowieka bez instynktu agresji. I przemyślenia te nie dały jednoznacznych wyników. Lem przyjmuje i zalety takiego rozwiązania, i jego wady. I tak nie do końca przekonany, pozwala zarówno astronautom snuć plany ucieczki od takiej nowej Ziemi, jak i Breggowi pogodzić się z nią wiedzionemu przez miłość, i zostać.

Powieść Stanisława Lema „Powrót z gwiazd” można znaleźć tu:

W królestwie dzikiego zwierza

Około 1980 roku odkryłam w tygodniku „Przekrój” fascynujące gawędy Stefana Maciejewskiego o zwierzętach. Wertując stare numery tygodnika, znalazłam ich jeszcze więcej. Nie wiedziałam wtedy, że w 1988 roku ukażą się one w wydaniu książkowym. Prawdę mówiąc nie wiedziałam o tym do czasu, kiedy kilka lat temu wypatrzyłam tę książkę w jednym z antykwariatów.

Książka ta miała tytuł „Saga o ginących i uratowanych” i zawierała historie wielu rzadkich przedstawicieli polskiej fauny. Utrzymana była w tej samej stylistyce, co tamte artykuły z „Przekroju”. Nie muszę chyba dodawać, że dziś ma ona swe godne miejsce na mojej półce…

Każdy z jej 33 rozdziałów to przepiękna opowieść o jakimś gatunku z występujących w Polsce dzikich zwierząt. Albo o grupie gatunków, jak nietoperze czy łasicowate. Kilka rozdziałów opowiada o zwierzętach, które już niestety znikły z naszych krajobrazów, jak chociażby jesiotry, dropie czy też żbiki.

Oprócz zwyczajów opisywanych zwierząt, relacji z ich występowania czy liczebności, historii ochrony, zanikania czy odbudowy populacji, mamy w książce pięknie opisane znaczenie ich dla staropolskiej kultury. Autor omawia ich udział w piśmiennictwie przyrodniczym i ogólnym, przypadki udomawiania, a także nieraz bogatą gwarę myśliwską w rozdziałach o tych zwierzętach, których ona dotyczy. A wszystko to opisane pięknym językiem, ze swadą.

Jakie zwierzęta włączył Stefan Maciejewski do tak pomyślanego tomu? Wybór jest jego osobistą sprawą. Lecz nie zabrakło największych polskich zwierząt, ani tych, których ochrona przebiegła pomyślnie i jest powodem do dumy naszych przyrodników i myśliwych.

Nie zabrakło więc żubrów, łosi, kruków i bobrów. Niedźwiedzie, rysie i wilki swój znaczny udział też mają. Są puchacze, jastrzębie, orły, białe i czarne bociany. Jest i wąż Eskulapa.

A oprócz tego wiele innych naszych zwierząt, małych i dużych, mniej i bardziej znanych. Niektóre z nich, jak wilki, były w czasach pisania książki na granicy wyginięcia, a potem rozmnożyły się dzięki udanej ochronie. Inne znikły, choć wtedy jeszcze występowały. Sam Autor przy okazji pisania o żbiku mówi, że jest to opowieść pożegnalna…

Oferta na „Sagę o ginących i uratowanych” Stefana Maciejewskiego na Allegro jest bardzo bogata. Można ją zatem kupić tanio:

Shrek

Skoro na 2022 rok planowana jest premiera piątego filmu o Shreku, warto może przypomnieć sobie dotychczasową historię zielonego ogra. Nasze przypomnienie tej historii będzie jednak z konieczności skrótowe. Nie sposób bowiem w krótkim artykule zawrzeć historii tak wielowątkowej – skupmy się więc na głównym przesłaniu filmu. Będzie to historia o miłości.

Będzie to więc najpierw opowieść o tym, jak w pierwszej części filmu Fiona, a w drugiej Shrek nie radzi sobie z rzeczywistością bycia ogrem. I jak to drugie pomaga mu skutecznie w akceptacji tej rzeczywistości.

Fiona uważa, że jako królewna z bajki powinna być piękna – a swoją ogrową postać uważa za szkaradę. Shrek uleczy ją z tego jednym zdaniem – że przecież jest piękna jako ogr…

Natomiast Shrek odmienia się z miłości do Fiony, po to aby spełnić jej oczekiwania. Tymczasem okazuje się, że Fiona oczekuje właśnie tego, aby żyć długo i szczęśliwie z poślubionym sobie w pierwszej części ogrem.

Wszystko zatem kończy się szczęśliwie i miłość trwa nienaruszona. Tymczasem w trzeciej części filmu Shrek i Fiona muszą się rozstać. Shrek wyrusza na niebezpieczną wyprawę, aby odszukać i przywieźć z sobą prawowitego dziedzica korony Zasiedmiogórogrodu. Gdy wracają, uzurpator Książę z bajki jest bliski już opanowania królestwa, dzięki poparciu czarnych charakterów bajkowych. Sytuację ratuje prawowity następca tronu, a Shrek może się wreszcie poświęcić temu, co najważniejsze – małżeńskim i rodzinnym obowiązkom.

W czwartej części ma jednak tego dość. Chce być znowu budzącym grozę ogrem i popada przez to w nie lada kłopoty. Szybko przekonuje się, że świat w którym nie poznają go przyjaciele nie jest wcale taki atrakcyjny, jak mu się to wydawało dopiero co. Co więcej, grozi mu niebezpieczeństwo jeszcze większe, a wybawieniem może być jedynie miłość, której nie docenił i którą wzgardził. W dosłownie ostatniej chwili odnajduje ją ponownie i wszystko kończy się dobrze.

Tyle o treści. Z technicznego punktu widzenia filmy o Shreku rozwijają się wraz z rozwojem możliwości animacji komputerowej. Podczas gdy pierwsza część nie zawiera jeszcze zbyt dynamicznych scen, to kolejne imponują rozmachem i szybkością. W trzeciej części mamy mnóstwo tkanin i powiewające na wietrze włosy – w poprzednich niedostępne dla realizatorów. A część czwarta to ukoronowanie serii, zarówno pod względem technicznym, jak i treściowo.

Czekając na to, co przyniesie część piąta, odświeżmy sobie także i inne wątki w częściach dotychczasowych. A jest ich w każdej z nich naprawdę sporo. W tym celu warto nabyć te filmy i obejrzeć je kilkakrotnie w spokoju. Można je kupić między innymi tu:

Tajemnica szczęścia

O tę małą książeczkę z modlitwami zabiegały biblioteki i dwory przez co najmniej kilkaset lat. Modlitwy te zostały podyktowane żyjącej w XIV wieku świętej Brygidzie Szwedzkiej. Szybko rozeszły się po Europie i – z uwagi na owoce, jakie dawały – zyskały z czasem nazwę „Tajemnicy szczęścia”.

Tych pięknych modlitw do Męki Zbawiciela jest piętnaście. Od dłuższego czasu Brygida pragnęła wiedzieć, ile ciosów Chrystus Pan otrzymał pod czas swej Męki. Pewnego dnia Zbawiciel objawił się jej i rzekł: „Moje ciało otrzymało 5480 ciosów. Jeżeli chcesz je uczcić pobożną praktyką, zmów 15 Ojcze nasz i 15 Zdrowaś Maryjo z modlitwami, których cię nauczyłem podczas całego roku. W ten sposób w ciągu roku uczcisz każdą Moją Ranę”.

Potem w formie obietnicy dodał, że ktokolwiek zmówi te modlitwy podczas roku:

1.Uwolni 15 dusz ze swej rodziny z czyśćca.
2.15 sprawiedliwych spośród krewnych zostanie potwierdzonych i zachowanych w łasce.
3.15 grzeszników spośród krewnych zostanie nawróconych.
4.Osoba, która zmówi te modlitwy, osiągnie pewien stopień doskonałości.
5.Już na 15 dni przed śmiercią będzie przeżywała szczery żal za wszystkie popełnione grzechy z świadomością ich ciężkości.
6.Na 15 dni przed śmiercią dam jej Moje Najświętsze Ciało, ażeby przez Nie została uwolniona od głodu wiecznego oraz dam jej Moją drogocenną Krew do picia, by na wieki nie doznała dokuczliwego pragnienia.
7.Położę przed nią Mój zwycięski Krzyż jako pomoc i obronę przeciw zasadzkom nieprzyjaciół.
8.Przed śmiercią przyjdę do niej z Moją najdroższą i ukochaną Matką.
9.Przyjmę z dobrocią jej duszę i zaprowadzę do wiecznej radości.
10.Zaprowadziwszy ją tam dam jej kosztować z przedziwnej studni Mojej Boskości, czego nie uczynię tym, którzy nie odmawiali tych czy podobnych modlitw.
11.Trzeba wiedzieć, że choćby ktoś żył przez 30 lat w grzechu, lecz potem skruszonym sercem odmawiałby pobożnie te modlitwy albo przynajmniej powziął postanowienie ich odmawiania, Pan mu odpuści jego grzechy.
12.Obroni go przed zgubnymi pokusami.
13.Zachowa mu pięć zmysłów.
14.Uchroni go przed nagłą śmiercią.
15.Uwolni jego duszę od kar wiecznych.
16.Człowiek otrzyma wszystko o co poprosi Pana Boga i Najświętszą Pannę.
17.Jeśliby ktoś żył zawsze według woli Boga i musiałby umrzeć przedwcześnie, życie jego zostanie przedłużone. 18.Ktokolwiek zmówi te modlitwy, uzyska za każdym razem odpust cząstkowy.
19.Człowiek ten otrzyma zapewnienie, że cieszyć się będzie szczęściem chórów anielskich.
20.Każdy, kto by innych nauczył tych modlitw, nie będzie nigdy pozbawiony radości i zasługi, ale one trwać będą wiecznie.
21.Tam, gdzie odmawia się te modlitwy, Bóg jest obecny swoją łaską.

Ale modlić się tak codziennie przez cały rok nie jest łatwo. Ja wpadłam na taki pomysł – po pierwsze rozpoczynałam modlitwę nie w przypadkowy dzień, tylko w jakieś święto kościelne. Po drugie prosiłam całe Niebo o pomoc w tym, bym wytrwała. Strategia okazała się skuteczna – odmówiłam z powodzeniem „Tajemnicę szczęścia” w ciągu mojego życia trzy razy.

Jest dostępna ta modlitwa w wersji online, ale to raczej nie nadaje się do systematycznego odmawiania. Dlatego gdyby ktoś chciał odmawiać, radzę zakupić książeczkę papierową – najprościej będzie w kiosku parafialnym. Gdyby zaś to się nie udało, można nabyć tę książeczkę na stronie internetowej wydawcy:

Fenomeny żywego oceanu

„Solaris” to bez wątpienia najpoczytniejsza i najbardziej znana z książek Stanisława Lema. Ale chyba nieco niedoceniana. Mam na myśli to, że wielu czytelników skupia się na historii bohatera powieści i jego „gościa”, czyli wykreowanej z jego wspomnień kopii dawnej ukochanej, którą doprowadził do samobójstwa. A inne wątki też są tu warte uwagi.

Książka rozpoczyna się bardzo udanym opisem przybycia bohatera na stację badawczą, i dziwnego zachowania jej dotychczasowych mieszkańców. Zanim powoli wszystko się wyjaśni, uczestniczymy w wizycie Krisa Kelvina w bibliotece, która to wizyta jest dla Lema pretekstem do stworzenia zaiste imponującej i pełnej zawirowań historii badań naukowych niezwykłej planety, która jest scenerią całej akcji. Zaznajamiamy się też z bibliografią przedmiotu – pierwszą fikcyjną bibliografią stworzoną przez Lema, będącą jakby wstępem do jego późniejszych książek „Wielkość urojona” i „Doskonała próżnia”, które w całości są wymyślonymi przez autora księgozbiorami.

Ale to tylko pierwsza z wizyt bohatera w bogatej bibliotece stacji. Druga posłuży Lemowi do stworzenia mistrzowskich opisów tworów planetarnego oceanu, opisów niezwykłych nawet jak na dojrzały kunszt literacki pisarza. Są niezwykle plastyczne i dynamiczne zarazem, olśniewające fajerwerkami wyobraźni, bo aż trudno uwierzyć, że ich motywem nie jest nic istniejącego realnie. Lem fantastycznie opisał to, co musiał pierwej wymyślić – a samo wymyślenie tego wymagało geniuszu na rzadko spotykaną miarę.

Historia romansu Krisa – uwieńczona rozmową z pijanym Snautem – jest z kolei prawdziwym egzystencjalnym rozważaniem. I pobrzmiewa w nim cały Lemowy pesymizm i mizantropia. Aż dziw, że tak destrukcyjne treści można ubrać w tak niesamowity, niezwykły kunszt literacki. Wolałabym, żeby Lem nie był mizantropem – a przynajmniej żeby nie był aż takim…

Zakończeniem powieści jest jedyna wyprawa bohatera poza stację. I tu znów mamy popis literacki. Nieco skromniejszy, jak na zakończenie przystało, nie porażający już tak epickimi fajerwerkami. To pożegnanie z żywym oceanem. Z oceanem do końca niepoznanym, który jednakże umożliwił sobą to arcydzieło literackie.

Książkę Stanisława Lema „Solaris” możemy znaleźć tu: