Książka, która mnie ukształtowała

Książeczka Anny Dąmbskiej „Pozwólcie ogarnąć się miłości” jest proroctwem – a więc słowem danym od Boga dla całej wspólnoty, przekazanym przez konkretnego człowieka obdarzonego charyzmatem proroctwa. Jej treść pochodzi z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, ale jest ponadczasowa.

W podyktowanym Pani Annie tekście Bóg przede wszystkim zapewnia nas o swej miłości do każdego człowieka na ziemi. Czyni to po to, abyśmy się już więcej nie bali o swoją przyszłość, ani nie czuli się osamotnieni. Zaraz potem jednak przychodzi wezwanie Boga do nas, abyśmy podjęli odpowiedzialność za innych ludzi, a nawet za cały świat. Chociaż Bóg nie broni nam zamknąć swego serca dla nich, to mówi jasno, że Jego przyjaciółmi stają się ci, którzy podejmą to wezwanie.

Świat potrzebuje ratunku ze strony przyjaciół Boga – gdyż jak On mówi w książce, bardziej niż kiedykolwiek toczy go zło. Całe rzesze ludzi zagrożone są potępieniem wiecznym z tego powodu. Kto podejmie wezwanie Ojca (ponieważ to właśnie określenie Boga jest Mu najbardziej miłe), może wielu z nich uratować. A to są też nasi bracia w człowieczeństwie, równie umiłowani przez Boga…

I choć każdy z nas ma wobec świata inne, swoje własne zadanie, Ojciec omawia w tym proroctwie wspólne warunki dla każdego z tych zadań. Szczególną uwagę poświęca niebezpieczeństwom, jakie mogą realizacji człowieczego zadania grozić. Przestrzega też przed szatanem, który oszukując nas postara się zrobić wszystko, aby Boże plany zbawienia ludzi pokrzyżować.

Gdy odkryłam tę książkę u progu lat dziewięćdziesiątych, wprost nie mogłam oderwać się od niej. I tak samo zareagowały na nią inne znane mi osoby. Proroctwo przechodziło z rąk do rąk, a czytelnicy zarywali dla niego noce. Nakład był bowiem niestety ograniczony. Dzisiaj łatwiej jest je dla siebie zdobyć, bo na stronie wydawnictwa można je zamówić tanio i na bieżąco. Książka ta dostępna jest tu:

Kto zaś chciałby zapoznać się z całością spuścizny literackiej Prorokini Anny, może to zrobić tu online:

http://www.objawienia.pl/anna/spis-anna.html

Summa technologiae

Tytuł książki Stanisława Lema „Summa technologiae” o tyle nawiązuje brzmieniowo do słynnej „Summa theologiae” św. Tomasza z Akwinu, o ile Lem miał ambicję stworzyć dzieło równie głębokie i fundamentalne. I rzeczywiście wiele filozoficznych pomysłów Lema w owej książce zawartych niewątpliwie zasługuje na uwagę.

Taki jest między innymi oryginalny pomysł porównania rozwoju technologicznego i ewolucji biologicznej, jak również jego realizacja. Takie są rozważania Autora o istocie nauki i jej związkami z technologią, „technologiczne” rozważania o ewolucji i parę innych. Ale w większości swojej książka przedstawia raczej osobiste obsesje samego Lema, a nie, jak zapowiada on sam we wstępie, rzetelne rozważania nad przyszłością technologiczną.

Dlatego dużo jest mowy o wierzeniach religijnych, które ateiście Lemowi nigdy nie dawały spokoju. Wiele w jego twórczości wskazuje na to, że raczej źle mu było ze swoim ateizmem, co najbardziej chyba uwydatnia filozoficzna powieść „Głos Pana”. Ale pisałam już o tym; wróćmy zatem do omawianego dzieła „Summa technologiae”. Lem postuluje w nim elektroniczne modelowanie istot rozumnych wraz z ich religiami, a nawet próby ziszczenia w tak modelowanym świecie tego, co religie obiecują na temat życia po śmierci. Całe te rozważania cechuje wprawdzie świetny warsztat literacki Autora i jego wysokie możliwości intelektualne. Nie zmienia to niestety jednak faktu, że wszystko to było bardziej potrzebne chyba samemu tylko Lemowi, a nie światu.

Mimo to książkę tę przeczytać warto. Została napisana w latach sześćdziesiątych, lecz wiele zawartych w niej rozważań – bo dzieło nie prezentuje tylko obsesji Lema, lecz sporo tematów rzeczywiście doniosłych i fundamentalnych – nie straciło do dziś swojej aktualności. Szkoda, że trzeba je mozolnie wyławiać spośród treści niezbyt ciekawych, a nawet – jak postulaty wdrożenia autoewolucji gatunku ludzkiego – budzących sprzeciw moralny, lecz trudno. U Lema to się zdarza, a u innych Autorów chyba także.

„Summa technologiae” nastąpiła co prawda po „Dialogach” – pierwszej Lemowej książki zawierającej filozoficzne rozważania – lecz uważa się ją za książkę matkę tego typu twórczości Autora. A to dlatego, że poświęcone głównie cybernetyce „Dialogi” utraciły swą aktualność wraz z rozwojem tej dziedziny nauki. „Summa” natomiast jest na tyle abstrakcyjna i fundamentalna, że w znacznej mierze ponadczasowa. Stanowi więc doskonały wstęp do „Okamgnienia” czy „Bomby megabitowej”, które czyta się już ze znacznie większym zainteresowaniem. Książkę tę można obecnie tutaj znaleźć:

Matematyka jaką znamy

Ludzie musieli liczyć i mierzyć od początków cywilizacji, nic więc dziwnego, że głębokiej starożytności sięgają i początki matematyki. Była to jednak matematyka niepodobna do tej, jakiej uczymy dzisiaj. W starożytnym Egipcie i Mezopotamii podręczniki matematyki tylko szczegółowo pouczają, co należy robić krok po kroku, nie wyjaśniając jednak uczniom dlaczego. Te algorytmy są na ogół poprawne i prowadzą do właściwych wyników, nie ma jednak przy nich nawet wzmianki o tym, skąd się wzięły. Uczeń ma je po prostu przyswoić i stosować w praktyce, nie zastanawiając się nad ich celowością.

Dlatego niektórzy filozofowie twierdzą, że to jeszcze nie matematyka, która polega przecież na badaniach hipotez i dowodzeniu twierdzeń matematycznych. Że mamy tam do czynienia jedynie z umiejętnościami typu matematycznego. Ja pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Sposoby postępowania w liczeniu i mierzeniu uczone w głębokiej starożytności nie wzięły się przecież znikąd – ktoś je musiał wcześniej odkryć. Ktoś więc musiał prowadzić badania i rozumowanie matematyczne, nawet jeżeli potem utrwalił jedynie ich wynik w postaci prawidłowego postępowania. Nawet jeżeli wiedzę o tym, jak do tego wyniku doszedł, zabrał ze sobą do grobu…

Rewolucji w nauczaniu matematyki dokonali dopiero greccy filozofowie, którzy zaczęli się zastanawiać nad istotą matematycznych sposobów postępowania. Zainteresowali się tym na tej samej zasadzie, na jakiej interesowali się istotą całego świata. Grecy po prostu lubili się zastanawiać, dyskutować i przekonywać innych do swego zdania. Na tym też – przekonywaniu siebie i innych do twierdzenia – polega matematyczny dowód.

Pierwszym znanym z imienia filozofem, który interesował się matematyką, jest żyjący w VII wieku p.n.e. Tales z Miletu. Nie pozostawił on po sobie żadnych pism swojego autorstwa, dlatego wiemy o nim tylko ze wzmianek późniejszych pokoleń historyków i filozofów. Wiemy, że poczynił pewne spostrzeżenia dotyczące przede wszystkim kątów. Natomiast wątpliwe jest raczej, czy swoich twierdzeń już dowodził. To być może zapoczątkowali dopiero wiek później pitagorejczycy, nazwani tak od imienia swojego przywódcy Pitagorasa z Samos.

Doniosłe podwaliny pod gmach nowoczesnej matematyki położył w V wieku p.n.e. Platon. Ten ateński filozof znany jest głównie ze swego umiłowania czystej idei, której tylko cieniem są rzeczy tego świata. Dlatego postulował, aby matematyka zajmowała się figurami idealnymi, w przybliżeniu tylko oddanymi rysunkami. Swój czas wyprzedził na przykład spostrzeżeniem, że styczna do okręgu ma z nim tylko jeden punkt wspólny. Nie był w tym przez współczesnych rozumiany…

Uczniem Platona był działający w IV wieku p.n.e. Arystoteles. Był on wszechstronnym uczonym i filozofem. Co do matematyki to postulował on, aby zajmowała się ona właśnie dowodzeniem twierdzeń, czyli wykazywaniem prawdziwości wyników swych badań w logiczny sposób z bardziej pierwotnych założeń.

Te postulaty dość szybko spełnił Euklides, w swoim wielotomowym podręczniku matematyki, znanym jako „Elementy”, bo tak właśnie ówczesne podręczniki matematyczne nazywano. Jest to już matematyka jaką obecnie znamy. Wychodzi ona od kilku pojęć podstawowych i kilku aksjomatów, aby dowodzić wszystkich pozostałych twierdzeń na ich podstawie.

Ciekawym jest, że oprócz podręcznika Euklidesa nie zachował się do dziś żaden inny podręcznik matematyki. A było ich dosyć dużo, o czym wiemy ze wzmianek. Prawdopodobnie po opublikowaniu tych najdoskonalszych „Elementów” inne gorsze nie były już więcej kopiowane, aż istniejące kopie rozpadły się po prostu ze starości. A licznie kopiowany podręcznik Euklidesa był w użyciu aż do początków XIX wieku n.e. Tak była doskonała jego dydaktyka!

Moja nowenna do św. Józefa

Seria siedmiu książeczek Francisco F. Carvajala „Rozmowy z Bogiem” zajmuje na mojej półce z książkami miejsce honorowe. A to dlatego, że rozważania w niej zawarte od wielu lat doskonale karmią moje życie duchowe. Rozważania te są tak głębokie i różnorodne, że można do nich wracać raz po raz, wielokrotnie. Przesytu ani znudzenia się nie poczuje.

Pięć pierwszych tomów podzielona jest na okresy liturgiczne: Adwentu i Bożego Narodzenia, Wielkiego Postu i Wielkanocy, oraz okresu zwykłego. Natomiast tom szósty i siódmy poświęcone są wspomnieniom świętych, świętom i uroczystościom. Przy czym wiele tematów jest treścią nie jednego, ale wielu rozważań. Tak jest na przykład z darami Ducha Świętego, Sakramentem Eucharystii czy też tematyką związaną z Najświętszym Sercem Pana Jezusa.

No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego z nowenną do świętego Józefa? Otóż książeczka szósta przypomina między innymi raczej nie znane w Polsce, i w ogóle chyba zanikające nabożeństwo przygotowujące do uroczystości tegoż świętego Józefa w dniu 19 marca. Polega ono na obchodzeniu tak zwanych siedmiu niedziel świętego Józefa, podczas których rozważa się jego świętość i cnoty.

Na każdą z tych niedziel książeczka zawiera osobne rozważanie. Dlatego na własny użytek ułożyłam sobie z nich nowennę, którą odmówiłam już wiele razy z dużym pożytkiem duchowym. Przez pierwsze siedem dni nowenny czytam i zgłębiam rozważanie na odpowiednią niedzielę , czyli o powołaniu i świętości świętego Józefa, jego cnotach, małżeństwie z Najświętszą Maryją Panną, o ich wspólnych radościach i smutkach, o błogosławionej śmierci świętego Józefa i o jego wstawiennictwie. W ósmym dniu nowenny czytam tak rozważanie z dnia jego uroczystości 19 marca, a w dniu dziewiątym rozważanie z dnia wspomnienia świętego Józefa rzemieślnika przypadającym jak wiadomo w dniu 1 maja.

Każdemu życzę posiadania tych książek, gdyż rozważania te są naprawdę wspaniałe. Życzę też zakosztowania nowenny do świętego Józefa tak ułożonej, jak wyżej napisałam. Książki te są już niedostępne w księgarniach, ale na Allegro można je zdobyć. Należy tylko wpisać „Rozmowy z Bogiem Carvajal”, aby nie wyskoczyły obdarzone tym samym tytułem inne książki:

Twórca i niszczyciel

Film Billa Condona „Piąta władza” jest niezwykły i niejednoznaczny jak historia, którą opowiada. Po mistrzowsku zmontowany, zadziwia szybkością akcji, a sceny rzeczywiste i symboliczne zmieniają się w nim jak w kalejdoskopie. Mimo to zachowana jest ciągłość akcji i możliwe też jest jej rozumienie na bieżąco podczas oglądania.

Treścią filmu jest historia WikiLeaks i jej twórcy Juliana Assange’a, widziana oczami jego współpracownika Daniela Domscheit-Berga. Niestety Julian, pragnąc walczyć z zakłamaniem „wielkiego świata”, sam w swojej działalności okazuje się zakłamany. I choć to Daniel finansuje całe przedsięwzięcie, Julian kreuje się na jego gwiazdę, co podkreśla jeszcze znakomita gra aktorska Benedicta Cumberbatcha. Daniela Berga natomiast gra równie wyśmienicie Daniel Bruhl.

Aktorzy w mistrzowski sposób ukazują rodzący się konflikt między bohaterami. Julian ogarnięty przez swoją idee fixe nie chce słuchać nikogo i nie zwraca uwagi na śmiertelne niebezpieczeństwo, na jakie wielu ludzi naraża jego nieokiełznana działalność. Tymczasem Daniel i inni bohaterowie historii próbują temu przeciwdziałać. Reakcja Juliana na ich głosy rozsądku jest nieobliczalna i przywodzi na myśl wybuch choroby psychicznej lub co najmniej megalomanii.

Smaczku filmowi dodaje także ciekawa i różnorodna scenografia. Akcja dzieje się w rozmaitych wnętrzach – salach konferencyjnych i prywatnych mieszkaniach, dworcach, samolotach i artystycznych squotach, redakcjach gigantów prasowych i rolniczych oborach, biurach rządu amerykańskiego i bliskowschodnich pałacach.

Dlatego chyba nie sposób dostrzec wszystkich artystycznych walorów filmu podczas jednokrotnego oglądania. Warto go więc nabyć i obejrzeć co najmniej kilka razy. Film ten jest stosunkowo nowy – z 2013 roku. Jest więc jeszcze w miarę łatwy do zdobycia. Choćby na Allegro można go znaleźć:

Jajko mądrzejsze od kury

Poglądy zawarte w książce Stanisława Lema „Golem XIV” dziś już nie szokują, bo nie takie rzeczy już żeśmy słyszeli. Ale w latach siedemdziesiątych, gdy powstawały te teksty, były prawdziwie obrazoburcze. Może więc dlatego Lem nie wygłasza ich osobiście, ale wkłada w usta (czy może raczej w głośnik) światłowodowego superkomputera, który powstawszy na potrzeby Pentagonu wypowiedział swoją służbę w armii i jako w niej bezużyteczny został przekazany uniwersytetowi.

Tytułowy Golem XIV przez sześć lat dawał wykłady dla naukowców, z których dwa – pierwszy i ostatni – są zawartością tej książki. A są naprawdę karkołomne, bo Lem zdaje się nie uznawać żadnych tradycyjnych wartości. Bez skrępowania mówi o kulturach ludzkości jako protezach niezbędnych dla przetrwania, gdy Natura pozbawiła człowieka koniecznych do tego instynktów, jakie ma każde zwierzę. Określa rozwój ewolucyjny jako de facto regres, a nie progres. A także przewiduje w przyszłym rozwoju ludzkości wybór między oddaniem władzy komputerom a autoewolucją człowieka skutkującą porzuceniem w pewnym momencie naturalnego człowieczeństwa jako balastu w tym rozwoju.

Tyle pierwszy wykład, który ma za temat człowieka. W drugim Golem mówi o sobie. I tu roszczenia cyfrowego bohatera stają się naprawdę ogromne. Autor każe nazwać się Golemowi nie istotą rozumną tylko, ale samym Rozumem w swej istocie. Ale Rozum ten nie jest nieskończony, bo jak sam mówi zamierza się rozwijać nadal i nawet kosztem ryzyka autodestrukcji wspinać się na coraz wyższe poziomy.

Ta książka Lema jest niewielka, ale intelektualnie karkołomna. Nie podejmę się tu jej streszczać, bo dla zrozumienia myśli Autora konieczne jest jej przeczytanie w całości. Tu mogłam tylko nakreślić z grubsza tematy, które podejmuje Lem jakby uzupełniając i ekstrapolując własne eseje z „Summa technologiae”, które to dzieło pragnę także omówić tu w niedalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że to mi się powiedzie. A póki co odsyłam do omawianego dziś dzieła Lema, czyli „Golema XIV”. Można je zdobyć tu jako audiobok:

Łatwiej zapobiegać niż leczyć

Bogata w komórki macierzyste krew pępowinowa uchodzi za cenny lek, warty pobrania i zdeponowania na przyszłość. Okazuje się jednak, że pozostawienie jej w krwiobiegu noworodka przyczynia się do lepszego rozwoju jego mózgu (o czym pisałam w innym artykule) i serca (czym zajmiemy się teraz).

Aby to wytłumaczyć, trzeba najpierw objaśnić funkcjonowanie krwiobiegu płodowego i zmiany, jakie się dokonują w nim bezpośrednio po urodzeniu. Przed porodem krew dziecka nie płynie do płuc po tlen i składniki odżywcze, ale kieruje się w tym celu do łożyska. Do płuc płynie zaledwie niewielka ilość krwi, aby odżywić je w ich rozwoju. Dlatego nie ma separacji pomiędzy krążeniem płucnym a krążeniem obwodowym – i krew miesza się w sercu dziecka poprzez otwór owalny łączący oba jego przedsionki.

Po porodzie ciało dziecka ściśnięte wcześniej w drogach rodnych matki, rozpręża się w szybkim tempie i krew nagle w dużej ilości napływa do krążenia płucnego. To powoduje znaczną różnicę ciśnienia krwi pomiędzy przedsionkami serca. Ciśnienie to zamyka zastawkę w otworze owalnym, separując krążenie płucne od krążenia obwodowego. W ciągu następnych godzin komórki macierzyste z krwi i z serca powodują ostateczne zarośnięcie tego zamknięcia.

Najistotniejsze znaczenie dla przebiegu tego ważnego procesu ma różnica ciśnień pomiędzy przedsionkami bezpośrednio po urodzeniu dziecka. Jeżeli standardowo zaciśnie się pępowinę natychmiast po porodzie, krew pępowinowa przestanie napływać do krążenia noworodka i ta różnica będzie pomniejszona. Przy opóźnieniu odpępnienia o kilka minut krew z łożyska nadal napływa do krwiobiegu dziecka. Ma to potrójne znaczenie.

Po pierwsze w krążeniu noworodka znajduje się wtedy 20 do 30 procent więcej krwi, niż by było przy natychmiastowym zaciśnięciu pępowiny. To znaczy, że różnica ciśnień pomiędzy przedsionkami serca jest większa, co ułatwia zamknięcie otworu owalnego. Po drugie cały ten ważny proces przebiega w bardziej komfortowych dla organizmu warunkach podwójnego natlenienia krwi – nadal poprzez łożysko i w nowy sposób, poprzez aktywne oddychanie dziecka. Eliminuje to w tym newralgicznym momencie groźbę niedotlenienia, która zmusza dziecko do gwałtownego nabierania powietrza i powoduje niekorzystny dla przebiegu procesu stres. I po trzecie wreszcie cenne komórki macierzyste z krwi pępowinowej dostają się nadal do krwiobiegu dziecka.

Opóźnienie odpępnienia noworodka aż do ustania tętnienia i samoczynnego zaciśnięcia się pępowiny może więc aż na trzy sposoby zapobiec drobnej, ale dokuczliwej dolegliwości, jaką jest niecałkowite zamknięcie otworu owalnego. Warto więc je stosować, bo jest metodą wymagającą tylko dobrej woli personelu asystującego przy porodzie – więc całkowicie pozbawioną kosztów.

No dobrze, ale co wtedy z możliwością pobrania krwi pępowinowej, co wiąże się z potrzebą przyspieszonego przecięcia pępowiny? Otóż nie. Istnieje bowiem też możliwość odciągnięcia tej krwi z łożyska, po jej naturalnym i samoistnym zamknięciu.

Firmy deponujące krew pępowinową z pewnością włączą tę metodę do swojej oferty, jeśli wytworzy się popyt na taką usługę. A dla wytworzenia tego popytu społeczna świadomość korzyści wynikających z opóźnienia odpępnienia dziecka będzie na pewno kluczowa. To dlatego napisałam ten artykuł.

Gaja

Od kilkunastu lat na mojej półce z książkami znajduje się niewielkie, ale bardzo ciekawe dziełko. Jest to książeczka Jamesa Lovelocka „Gaja. Nowe spojrzenie na życie na Ziemi”. Powstała ona w roku 1979, ale z powodu jej rewolucyjności Autor wydał ją jeszcze w 1995 roku prawie bez zmian. W Polsce natomiast ukazała się w 2003 roku, a i dziś wciąż czyta się ją z zainteresowaniem.

Nie jest to bowiem zwykła książka popularnonaukowa. Wyznacza ona nowy paradygmat w naukach o ziemskiej biosferze, postulując spojrzenie na nią nie tyle szczegółowe, co ogólne jakby z lotu ptaka. I zachęca też do połączenia w tym spojrzeniu metod i wyników różnych nauk.

Dziś to nie dziwi – nazywamy to badaniami interdyscyplinarnymi. Lecz w latach siedemdziesiątych nie były one tak chętnie podejmowane. Lovelock jako chemik patrzy na całą Ziemię przez pryzmat jej składu chemicznego, ale posiłkuje się też danymi z mikrobiologii, cybernetyki, geologii czy oceanografii.

Cała książeczka poświęcona jest postawieniu i obronie jednej tezy – tego mianowicie, że ziemskie życie aktywnie uczestniczy w przystosowaniu ziemskiego środowiska dla własnych potrzeb. Przykładem jest ograniczanie do bezpiecznych rozmiarów ilości atmosferycznego tlenu przez metan wydzielany przez bakterie beztlenowe. Gdyby nie to, tlenu w atmosferze przybyłoby do poziomu stwarzającego ogromne zagrożenie pożarowe.

W czasach, gdy ta książeczka powstawała, było dla niej jeszcze niewiele danych szczegółowych. Ale Autor i tak podał przykłady ogólnoziemskich dodatnich i ujemnych sprzężeń zwrotnych. Przyczyniają się one do regulacji nie tylko składu atmosfery, ale i zasolenia oceanów i do utrzymania umiarkowanego, przyjaznego dla życia klimatu na całym prawie globie.

Lovelock też trochę polemizuje z przewidywaną reakcją, że jego hipoteza powinna być badana na gruncie ekologii – nauki o współżyciu organizmów ze swoim środowiskiem. Pisze że ekologia zajmuje się głównie interakcjami organizmów pomiędzy sobą i ma na uwadze głównie organizmy makroskopowe, a jego hipoteza Gai bierze pod uwagę przede wszystkim działalność mikroorganizmów. I trochę odżegnuje się od ruchów ekologicznych, mimo że dla nich jego książka stała się kultową.

„Gaja” jest już wiekowa, licząc czas szybkością rozwijania się nauki. Mimo to jednak przeczytać ją warto. W księgarniach rzecz jasna jej nie ma, ale na Allegro jest dosyć często sprzedawana:

Wszystkie krajobrazy Pandory

„Avatar” Jamesa Camerona należy do moich najbardziej ulubionych filmów. Oglądałam go już niezliczoną ilość razy, i zawsze zachwycam się niesamowitą grafiką tego filmu i jego mistrzowską animacją.

Nie jest to jednak, jak wiadomo, wyłącznie film animowany. Zaczyna się jak typowy aktorski film science-fiction, a potem w udany sposób łączy sceny aktorskie i animowane. Jego treść obraca się wokół stosunku ludzi z Ziemi do mieszkańców Pandory – planety, na którą przylecieli z zamiarem eksploatacji występującego na niej minerału.

Główni bohaterowie filmu funkcjonują zarówno jako ludzie, jak i w świecie tubylców za pośrednictwem specjalnych, wyhodowanych dzięki inżynierii genetycznej awatarów. Dzięki nim mają za zadanie pośredniczyć w dialogu obu światów. I chociaż robią oni co mogą dla uniknięcia konfrontacji, dialog nie udaje się wskutek zachłanności ziemskich konkwistadorów planetarnych, i dochodzi do wojny, w której uzbrojeni po zęby Ziemianie stają naprzeciw noży i łuków leśnych łowców z Pandory. I jednak ją przegrywają.

Jak nakazuje konwencja podobnych opowieści, wygrana gospodarzy planety staje się możliwa dzięki głównym bohaterom filmu, i dzięki garstce sprawiedliwych, którzy z nimi stają do walki. Mamy tu oczywiście także romans animatora awatara z przedstawicielką ludu gospodarzy. Romans rzecz jasna pełen nieporozumień i napięć, które jednak zostają pokonane.

Opowieść więc jest standardowa i konwencjonalna, ale akcja trzyma w napięciu i ogląda się ten film doskonale. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę świetną grafikę i animację, można uznać go za dzieło wspaniałe. Przepiękna dżungla, po której prawowici mieszkańcy poruszają się jak akrobaci, a potem jeszcze niesamowite, zawieszone w przestrzeni góry, które dopełniają obrazu. Nad tym wszystkim czuwa Eywa, tajemnicza bogini matka, wyznawana przez ludy Pandory – i ona w końcu pomoże wygrać wojnę, poproszona o to przez Ziemianina w awatarze, którego wcześniej sama sobie wybrała.

Przepiękny film, i przepiękna opowieść, mimo że w gruncie rzeczy bardzo konwencjonalna. Warto go więc zakupić. A można go tutaj znaleźć:

Społeczeństwo przyszłości

Wśród powieści Stanisława Lema „Powrót z gwiazd” należy do tych najbardziej udanych. Pełna genialnych opisów świata przyszłości, począwszy od dworca rakietowego na początku, poprzez niezwykłe, bo wielopoziomowe miasto wyrosłe dzięki opanowaniu grawitacji, przez bardziej dzikie krajobrazy terenów wypoczynkowych – aż po góry, w których na sam koniec książki jej bohater wspina się nocą. I wszystko to z punktu widzenia kogoś obcego, nieprzygotowanego na to. Bo Hal Bregg przed ponad wiekiem opuścił zupełnie inną Ziemię, aby polecieć w kosmos.

Bregg jest obcy nie tylko wobec technologii, ale i wobec społeczeństwa przyszłości. Po pierwsze przez to, że wszyscy są betryzowani – poddani po urodzeniu zabiegowi uniemożliwiającemu zabójstwo oraz narażanie się na niebezpieczeństwo własne. Po drugie dlatego, że w świecie zastanym po powrocie panuje powszechny dobrobyt, co rozluźnia więzy społeczne – ze związkami damsko-męskimi włącznie.

Trudne wejście bohatera w tak bardzo odmienny świat opisane jest dynamicznie, prawie jak w powieści szpiegowskiej. Także romans z zamężną kobietą, wzbudzający w nim wyrzuty sumienia, które niezrozumiałe byłyby dla pełnoprawnych członków tego społeczeństwa, gdyby tylko mogli je poznać. W końcu sama dziewczyna, nie wiedząc jeszcze kogo wybrać, tłumaczy, że zawarła ze swoim mężem małżeństwo jedynie próbne, na rok czasu. I wychodzi za Bregga nie musząc nawet kłopotać się czymś tak prostym, jak rozwód.

Towarzysze Bregga z kosmosu nie umiejąc pogodzić się z tak odhumanizowanym światem planują następną wyprawę, a właściwie ucieczkę w kosmos. Hala wiąże z Ziemią jego żona. Dzieci nie mają – a zresztą by uzyskać pozwolenie na dziecko trzeba najpierw zaliczyć trudny egzamin z umiejętności wychowawczych. Eri jako urodzona w tym świecie nie widzi w tym nic dziwnego – w końcu wychowanie jego nowych obywateli jest tak ważne, że musi być robione profesjonalnie. Żona zresztą przedstawia Breggowi argumenty i za innymi aspektami nowego społeczeństwa, które trudno zaakceptować jej mężowi.

Wydaje mi się, że i dla samego Lema przygody Hala Bregga były pretekstem, aby przemyśleć sobie ideę człowieka bez instynktu agresji. I przemyślenia te nie dały jednoznacznych wyników. Lem przyjmuje i zalety takiego rozwiązania, i jego wady. I tak nie do końca przekonany, pozwala zarówno astronautom snuć plany ucieczki od takiej nowej Ziemi, jak i Breggowi pogodzić się z nią wiedzionemu przez miłość, i zostać.

Powieść Stanisława Lema „Powrót z gwiazd” można znaleźć tu: