Rozważania różańcowe o Najświętszym Sercu Pana Jezusa i Niepokalanym Sercu Maryi

WSTĘP

Odnoszę często wrażenie, że większość wiernych, a nawet szczególnie pobożnych chrześcijan, traktuje Serca Jezusa i Maryi jakby troszeczkę abstrakcyjnie. Są to dla nich idee, w imię których można śpiewać litanie, ale które nie niosą poza tym zbyt wielu istotnych treści. Problem pogłębia jeszcze wspominana nieraz definicja, w myśl której Serca te to symbole wewnętrznego życia Syna Bożego i Jego Matki. Jednocześnie to Ich życie wewnętrzne przedstawia się jako świetliste i wzniosłe, bardzo odległe od naszego życia i od naszych codziennych spraw.

Tak edukowany chrześcijanin może czasem latami nie pomyśleć, że przecież Jezus i Maryja przede wszystkim są żywymi Ludźmi! Ludźmi wyjątkowymi, to prawda, jakich nie ma w całej historii ludzkości, ale jednak mimo to Ludźmi! Z normalnymi ludzkimi uczuciami, dążeniami i marzeniami, z normalnymi troskami o sprawy, jakimi się zajmowali i zajmują. O tym wszystkim też trzeba mówić, bo inaczej grozi nam modlitwa do marmurowych posągów, a nie Osób…

Z myślą o tym podjęłam próbę nakreślenia ludzkiego oblicza Boga-Człowieka i Bożej Rodzicielki. Próbę tę postanowiłam zamknąć w najbardziej pasującej do tego celu formie, jaką jest tradycyjna forma Różańca. Ich ludzkie Serca powinny być bowiem jak najczęściej treścią naszych modlitw.

Aby do modlitwy zainspirować, zdecydowałam się pisać krótko, zarysowując jedynie kilka myśli. Pogłębione rozważania i dygresje pozostawiłam Odbiorcom, pragnąc dać im jedynie kanwę dla osobistej medytacji. Poza tym pojedynczą tajemniczkę odmawia się krótko, rozpisywać się po prostu nie ma czasu. A więc do dzieła, chwytajmy za koronkę i spieszmy na spotkanie Zbawiciela i Niepokalanej!

  1. Pierwsza tajemnica radosna
    ZWIASTOWANIE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

Dlaczego Maryja zgodziła się na propozycję Archanioła? Oczywiście – była Służebnicą Pańską, Niepokalaną, zawsze przystawała na Wolę Bożą. Ale…

Była też świeżo poślubioną mężatką. Właściwie narzeczoną, skoro nie mieszkali jeszcze z Józefem razem; ale tego typu związek mógł być rozwiązany jedynie poprzez rozwód. Jej życie nie należało już więc do Niej samej. Dlaczego nie poprosiła o możliwość przedyskutowania z mężem tej decyzji, tak przecież ważnej?

Tym bardziej, że spodziewała się pewnie, że nie potrafi wyjaśnić Józefowi swojego stanu. Jej bezsilność musiała być ogromna, skoro została przez Boga zwolniona z tego obowiązku. Bóg sam wybawił Maryję z kłopotu, posyłając do Józefa swojego Anioła.

Nie uczynił tego od razu. Zapewne pragnął wpierw się przekonać, jak Józef sam zareaguje na sytuację. Mąż Maryi nie chciał oskarżyć Jej o zdradę, co pociągnęłoby za sobą proces i ukamienowanie. Nie chciał też stawać na drodze Jej szczęścia z człowiekiem, z którym się – jak sądził – związała. Postanowił udzielić Jej rozwodu, ale nie jawnie, żeby ludzie nie plotkowali. To by była dopiero sensacja w mieście – Józef oddala świeżo poślubioną narzeczoną, a Ona jest w ciąży!

Tak więc pragnął po kryjomu wręczyć Jej list rozwodowy. W ten sposób istniała nadzieja, że zanim ludzie dowiedzą się i zaczną gadać, powtórne małżeństwo Maryi położy kres wszelkim złośliwym komentarzom. Józef – mimo podejrzenia zdrady – pragnął swoją Małżonkę chronić…

Taka jego postawa musiała wzbudzić u Boga uznanie, skoro Anioł we śnie wyjaśnił Józefowi zaistniałą sytuację. W ten sposób Bóg uratował małżeństwo Maryi, a Jezusowi zapewnił na ziemi prawego, szlachetnego ojca.

Ale dlaczego Maryja dopuściła do takiego obrotu sprawy, co wiązać się musiało przecież z dodatkowym cierpieniem dla obojga? Dlaczego nie porozmawiała z Józefem przed zgodą na Zwiastowanie? Wobec obowiązku posłuszeństwa żony wobec męża, Bóg na pewno nie poczytałby Jej tego za opór.

I tu właśnie dotykamy tajemnicy Serca Maryi. Ona wiedziała, że nie musi rozmawiać z mężem. Ufała Bogu i wierzyła, że Wola Boża względem Niej musi być jednocześnie dobra także dla Jej małżonka. Bóg przecież jest Ojcem wszystkich; nie może być tak, że zlecając jednemu Swemu dziecku jakieś zadanie, dopuściłby przez to krzywdę innego Swego dziecka.

Serce Maryi ufało też małżonkowi. Wiedziała Ona z góry, że Józef na pewno zgodzi się na Wolę Bożą. Że gdyby był z Nią w chwili Zwiastowania, bez wahania przystałby na propozycję Archanioła. Swoją zgodę Maryja wyraziła więc niejako także w imieniu Swego męża.

Jaki z tego wszystkiego wniosek dla nas? Bardzo prosty – nie może być zgody na grzech w imię rzekomego dobra drugiego człowieka. Jeżeli na przykład jestem kobietą zamężną, nie zgodzę się na romansowanie z kimś, kto się we mnie zakochał. On może przekonywać mnie, że dam mu szczęście, ale ja i tak wiem, że to nieprawda. Romansując z nim skrzywdzę i jego, a nie tylko męża i siebie. Podobnie gdy jestem wolna, a rodzice nie chcą zaakceptować mojego powołania. Idąc mimo to za Wolą Bożą wiem, że nie krzywdzę rodziców, niezależnie od natężenia ich obecnej rozpaczy.

Maryja wierzyła, że Wola Boża względem Niej jest dobrem też dla drugiego człowieka. Jej Serce się nie pomyliło. Byłoby dobrze, byśmy brali z Niej przykład, a na pewno nie doznamy zawodu.

  1. Druga tajemnica radosna
    NAWIEDZENIE ŚWIĘTEJ ELŻBIETY

Dlaczego Maryja wyśpiewała Magnificat? Usłyszała właśnie pozdrowienie Elżbiety, pełne pochwał pod Swoim adresem. Wychowana w naszej kulturze kobieta przede wszystkim zajęłaby się zaprzeczaniem.

Tymczasem Maryja radośnie wielbi Boga i potwierdza pochwały Elżbiety. Zgadza się z nimi! Jej Serce nie odczuwa zakłopotania, kiedy krewna dobrze o Niej mówi. Z wielką radością odpowiada – tak właśnie jest!

Stawia to pod znakiem zapytania pokutujące tu i ówdzie rozumienie pokory chrześcijańskiej, w myśl którego mówienie dobrze o sobie jest czymś podejrzanym. Kojarzy się z pychą; ale Maryi przecież o pychę podejrzewać nie można… Z drugiej strony są ludzie buntujący się przeciw chrześcijaństwu, dlatego że rozumieją, iż człowiek dla higieny psychicznej potrzebuje myśleć o sobie dobrze.

I Bóg chce, byśmy o osobie dobrze myśleli. Pragnie napełnić nas radością. Nie można przecież być napełnionym radością, jeżeli jednocześnie myśli się o sobie źle.

Człowiek źle myślący o sobie jest smutny, przygnębiony. Przepełnia go poczucie winy, wpada w rozpacz. Nie ma miłości do samego siebie; a skoro siebie nie kocha, to tym samym nie jest w stanie pokochać kogokolwiek.

Nie tego uczy nas Słowo Boże. „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” – poucza przykazanie. Jak siebie samego – a więc wpierw samych siebie powinniśmy kochać! Czy jednak można kochać kogoś, o kim myśli się źle?

Autor Psalmu 139 mówi do Boga: „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła”. A więc ja jestem godny podziwu! W innych Psalmach autorzy nieraz określają siebie jako bogobojnych, sprawiedliwych, bez skazy. Przeciwstawiają swój obraz grzesznikom.

Gdzież więc tu miejsce na pokorę? Odpowiedź znajdziemy właśnie w Magnificat Maryi, w tej pieśni, jaką wyśpiewała Ona w odpowiedzi na pochwały Elżbiety. Maryja nie zaprzecza Swej godności, ujawnia jej źródło: „gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Bóg jest źródłem wszystkiego, co dobre we mnie, a moją zasługą jest tego nie utracić i cieszyć się z własnej szlachetności.

Bo tak na dobrą sprawę, myśleć o sobie źle, oznaczałoby urągać Bogu. Przecież jestem Bożym stworzeniem, miałabym być nieudana? Bóg nie wytwarza bubli. Tak jak Psalmista, mogę Mu za stworzenie mnie jedynie podziękować.

Maryja uczy nas myśleć o sobie dobrze, i wielbić Boga za fakt naszego istnienia. Wielbić Go mimo naszych chorób, słabości, pomimo popadania wciąż na nowo w nasze grzechy. To wszystko nie wynika z naszej natury, jest tylko konsekwencją grzechu pierworodnego. To wszystko skończy się definitywnie wraz ze śmiercią.

Maryja uczy nas też, jak reagować na pochwały od drugiego człowieka. Nie zaprzeczaniem, umniejszaniem siebie – ale radością! Uśmiechnąć się i powiedzieć: „Miło mi!”, zamiast: „Tak naprawdę wcale nie jestem taka dobra…”

A jeśli męczą nas nasze winy, zostawmy je w konfesjonale. Odchodząc stamtąd, mamy u Boga czystą kartę. On nie patrzy na to, żeśmy znów „przeskrobali”, tylko na naszą naturę stworzoną na obraz i podobieństwo Boże. Nosimy w sobie odbicie największego możliwego Dobra. Jeżeli tylko tego chcemy, jest ono w nas niezniszczalne. Uwierzmy w to!

  1. Trzecia tajemnica radosna
    NARODZENIE PANA JEZUSA

Dlaczego Maryja podążyła z Józefem do Betlejem? Przecież jako brzemienna Niewiasta nie miała takiego obowiązku. Z pozoru wszystko przemawiało za tym, by Józef sam uczestniczył w spisie w imieniu swojej Rodziny. Podróż Maryi była niebezpieczna, a w najlepszym razie przysparzała tylko kłopotów.

Ale… Maryja jako pobożna Żydówka musiała znać proroctwa dotyczące przyszłego Mesjasza. A te mówiły, że narodzi się On w Betlejem judzkim. Ogłoszenie spisu tuż przed terminem rozwiązania było dla Niej z pewnością czytelnym znakiem od Boga. Więcej, było wezwaniem: ruszaj w drogę!

Bóg przemawia do nas przez wydarzenia, jeśli tylko chcemy Go słuchać. Serce Maryi było jak żadne inne wrażliwe na Jego Głos, gdyż Maryja całe Swe życie pragnęła poddać Woli Bożej.

Ale miała i inny powód, by wyruszyć – miłość małżeńską. Przed pół rokiem, po powrocie od Elżbiety, zamieszkała wspólnie z małżonkiem. Teraz z pewnością nie chciała zostawiać go samego w dalekiej drodze. Ufność Bogu przekonywała Ją, że wszystko skończy się dobrze.

Skoro Jej Syn ma się narodzić w Betlejem, Bóg Jego Ojciec nie dopuści, by po drodze coś Mu się stało. Zresztą była silna, zdrowa, nie przemęczy się, gdy będzie uważać. Na miejscu też na pewno znajdzie się schronienie dla Mesjasza. Chociaż można przypuszczać, że w Betlejem będzie bardzo wielu wędrowców…

I Bóg znalazł schronienie; lepsze nawet, niż Józef mógłby sam się wystarać. Bo do tego schronienia w nędznej stajni mogli bez skrępowania przybyć pasterze, gdy tylko Anioł oznajmił im nowinę o narodzeniu Zbawiciela. Na pewno trudniej by im było powitać Go w gospodzie czy pod prywatnym dachem. A tak mógł Jezus spotkać się ze Swym Ludem natychmiast, gdy tylko przyszedł na świat.

Ten Jego pośpiech miał źródło w pragnieniu Jego Serca, by przebywać z ukochanymi ludźmi. Św. Paweł porównuje to pragnienie do miłości i jedności małżeńskiej. Bowiem tak jak mąż stanowi jedno z żoną, tak też Chrystus ze Swoim Kościołem.

Józef postarałby się też o dwa pomieszczenia: jedno dla siebie, jedno dla Maryi z Dzieciątkiem. Pobożni Izraelici bowiem nie przebywali ze swymi żonami po porodzie. Bóg dając im za schronienie wspólną stajnię sprawił, że Święta Rodzina cały czas przebywała razem. Jezus narodził się w bezpośredniej bliskości Swojego ziemskiego ojca.

Tajemnica Narodzenia Pana Jezusa jest więc wielokrotną pochwałą małżeńskiej miłości i wierności. Najpierw Maryja z miłości do Józefa wyrusza z nim w daleką drogę. Potem Bóg daje im wspólne schronienie, aby nawet dla religijnego zwyczaju nie rozłączać jedności małżonków. Wreszcie nowo narodzony Zbawiciel objawia się Swojemu Ludowi, aby przebywać jak najprędzej wraz z nim powodowany małżeńską Miłością do Kościoła.

Uczy nas też to wydarzenie zawierzenia i ufności Bogu. Jeśli Bóg wzywa do czegoś, będzie dobrze, choćby z ludzkiego punktu widzenia to wezwanie było czystym szaleństwem. Taka ufność potrzebna jest narzeczonym, kiedy na przekór przeciwnościom decydują się podjąć ryzyko wspólnej przyszłości. Jest potrzebna małżonkom, by zdecydować się na dziecko mimo braku pieniędzy i groźby utraty pracy. Jest też potrzebna rodzicom, by pokochać dziecko chore lub niepełnosprawne. Jest potrzebna do uwierzenia, że jeżeli Bóg wzywa, będzie dobrze!

  1. Czwarta tajemnica radosna
    OFIAROWANIE PANA JEZUSA

Dlaczego Jezus objawił się Symeonowi? Tradycja ukazuje nam Symeona jako starca. W tekście Pisma Świętego nie ma wprawdzie wzmianki o jego wieku, ale można to wywnioskować, gdyż Symeon modli się o rychłą śmierć. Natomiast towarzysząca mu prorokini Anna jest otwarcie przedstawiona jako staruszka.

Świadkami Jezusa w Świątyni Jerozolimskiej jest zatem dwoje starszych ludzi. Zapewne są już oni słabi i schorowani, i można przypuszczać, że tłum ludzi w sile wieku nie traktuje ich zbyt poważnie. Dlaczego więc właśnie oni? Odpowiedzi możemy poszukiwać w Miłosiernym Sercu Zbawiciela, które nikogo nie odrzuca i dla którego nie ma ludzi niepotrzebnych.

Człowiek stworzony został do miłości, a więc do darzenia. Realizuje on w pełni siebie ofiarowując coś innym. Może ofiarować swój czas, siły, zdolności, pracować na rzecz swojej rodziny lub dla dobra lokalnej społeczności. Praca na rzecz innych jest dla człowieka przede wszystkim źródłem utrzymania, gdyż za nią otrzymuje środki niezbędne do życia. Pracuje on jednak też i po to, by nie czuć się niepotrzebnym.

Cóż jednak może dać drugiemu człowiek stary, chory, lub na przykład upośledzony umysłowo? To on musi korzystać z pomocy innych. Inni ludzie go utrzymują, podobnie jak utrzymuje się dziecko. Dziecko jednak może mieć nadzieję, że gdy dorośnie, odwdzięczy się społeczeństwu swoją pracą. Takiej nadziei nie ma człowiek stary czy chory…

Ale Serce Jezusa daje mu inną szansę. Człowiek stary, chory i cierpiący może służyć drugiemu swoją modlitwą. Może ofiarować w ważnych intencjach swe cierpienia i wypraszać potrzebne łaski Boże dla młodych, silnych i zdrowych. A to im czasem bardziej jest potrzebne niż właśnie siły i zdrowie. Rozumiała to dobrze Matka Teresa z Kalkuty, wzywając chorych do modlitwy i ofiarowania swych cierpień w intencji misjonarek miłości. Siostry te w swojej trudnej i ciężkiej pracy potrzebują bardzo łaski Bożej.

Kościół uważa chorych i cierpiących za największy swój skarb. Zawsze naucza, że ich cierpienie nie może się zmarnować. Z niego Kościół czerpie siłę i moc do pracy apostolskiej, dzięki niemu nawracają się grzesznicy. Ta wielka użyteczność to dar Serca Zbawiciela dla tych, który po ludzku nic innym ofiarować nie mogą.

Aby ten dar wykorzystać, trzeba cierpiącym tylko jednego – dobrej woli. Trzeba chęci, aby się pomodlić, bo Bóg nie czyni nigdy niczego wbrew człowiekowi. Tej chęci nie brakowało na pewno Symeonowi i Annie, których Ewangelia przedstawia jako sprawiedliwych i pobożnych.

Tajemnica Ofiarowania uczy nas, aby nie odrzucać nikogo. Może się bowiem okazać kiedyś w wieczności, że najbardziej pomogli nam ci, których uważaliśmy za nieproduktywnych i niepotrzebnych. Ale ludzi niepotrzebnych nie ma. Każdy ma u Boga swoje zadanie, każdemu więc należy się szacunek i uznanie.

Uczy nas też ta tajemnica, byśmy zawsze rozwijali swą pobożność. Nie zgadzajmy się w modlitwie na bylejakość, uczmy się modlitwy, doskonalmy ją. To nas przecież nic nie będzie kosztowało. Zwłaszcza wtedy, gdy mamy dużo czasu: na emeryturze, na rencie czy czasowym zwolnieniu lekarskim. Intencja bliska naszemu sercu zawsze się jakaś znajdzie, w końcu nie ma chyba człowieka, któremu by na niczym nie zależało?

  1. Piąta tajemnica radosna
    ZNALEZIENIE PANA JEZUSA

Dlaczego Jezus został Sam w Jerozolimie? Dobre dzieci nie postępują w ten sposób. Przecież Matka powiedziała Mu, gdy Go znalazła: „z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Dlaczego Jezus sprawił Swoim rodzicom ból?

Tym wydarzeniem mówi nam On coś bardzo ważnego. Ewangelia podaje: „potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany”. Wypadki w Jerozolimie ukazują, że był poddany dlatego, że Sam tego chciał, w sposób całkowicie wolny od jakiegokolwiek zewnętrznego lub wewnętrznego przymusu. Innymi słowy był ze Swymi rodzicami tylko i wyłącznie z miłości.

Do podobnej wolności – już w dorosłym życiu – wzywa On nas też w innym miejscu Ewangelii. Mówi bowiem: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26).

O co tu chodzi? Rzecz jasna nie o nienawiść do osoby; byłoby to sprzeczne z całym nauczaniem Jezusa. Ale Jezus zwraca tu uwagę na konieczność wyzwolenia się z wszelkich możliwych patologii w relacji z drugim człowiekiem. Patologie te są szczególnie częste w rodzinie – szantaż emocjonalny, wymuszanie miłości (udawanej zresztą, gdyż nie można wymusić prawdziwej), celowe wzbudzanie poczucia winy… Skutkuje to strachem przed otwartością, przed okazaniem rzeczywistych uczuć (zwłaszcza negatywnych, jak żal albo gniew), unikaniem poruszania tematów „niebezpiecznych” lub sygnalizowania potrzeb nieakceptowanych przez bliskich. W końcu takie życie rodzinne staje się męczącym, frustrującym udawaniem.

Prawdziwa miłość wymaga wolnego wyboru, świadomej decyzji wolnej od ulegania manipulacjom, a zwłaszcza wolnej od poczucia winy. Wymaga mówienia prawdy o swoich problemach, uczuciach czy potrzebach. Wymaga właśnie znienawidzenia w sobie wszelkich skłonności do patologicznych więzi.

Jezus wzywa, aby już w dzieciństwie być posłusznym rodzicom z miłości, a nie ze strachu. Tym bardziej człowiek dorosły powinien być wolny w relacji ze swoimi rodzicami.

I nie tylko zresztą z rodzicami. Starożytna apologia sławi wolność chrześcijan w stosunku do państwa i prawa. Mówi, że są oni posłuszni wszelkim zarządzeniom i zwyczajom, ale sposób ich życia wskazuje, że stoją ponad każdym prawem.

Kiedy się to przejawiało? Ano wtedy, gdy człowiek stawał przed wyborem między wiernością Bogu albo prawu. Wówczas nic nie mogło powstrzymać chrześcijanina, nie bali się oni żadnych sankcji karnych ani moralnych. Nie straszna im była nie tylko groźba więzienia lub śmierci, ale także hańby i społecznego potępienia. Wolni byli też od więzi rodzinnych – św. Perpetua wybrała męczeństwo mimo błagań rodzonego ojca, by tego nie uczyniła…

Dwunastoletni Jezus też opuścił rodziców w imię spraw Swego Boskiego Ojca. Stanowi to dla nas kolejną, bardzo ważną wskazówkę. Nie powinniśmy próbować Go naśladować powodowani żadnym motywem ziemskim. Ani rozgoryczenie zniewoleniem, ani gniew na manipulujących nami członków rodziny, ani wreszcie pragnienie własnego dobra czy miłość do samej wolności nie powinny nami powodować. Jest to bowiem sprawa delikatna. Tylko z miłości do Boga potrafimy tak ukierunkować nasze dążenia, by nie skrzywdzić siebie lub najbliższych.

  1. Pierwsza tajemnica światła
    CHRZEST PANA JEZUSA W JORDANIE

Dlaczego Jezus przyjął chrzest z rąk Jana? Był to chrzest nawrócenia, a On przecież żadnego nawrócenia nie potrzebował. Jezus rozpoczął w ten sposób Swoją publiczną działalność. Ale czy nie mógł jej rozpocząć ot tak po prostu, bez żadnego pokutnego aktu?

We wszystkich krajach, niezależnie od kultury, czyjaś oficjalna publiczna działalność rozpoczyna się uroczystym aktem. Monarchowie obejmują swój urząd w momencie koronacji bądź intronizacji, a w demokracji po wyborze władzy następuje jej zaprzysiężenie. Także służbę wysokich urzędników czy członków rządu poprzedza uroczysta nominacja. Oficjalnym aktem ślubu zaczyna się też wspólne życie mężczyzny i kobiety, związek wprawdzie prywatny, ale o skutkach publicznych, gdyż z niego rodzą się nowi członkowie danej społeczności.

Uniwersalność tego wydarzenia dowodzi, że ma ono swe źródło w samej naturze ludzkiej. To ona domaga się publicznego aktu inauguracji wszelkich ważnych dla społeczeństwa spraw. Bez takiej uroczystości służba byłaby niepewna, nie mająca dla siebie odpowiedniego umocowania w prawie.

Takiego aktu domagała się też publiczna działalność Jezusa. Jego Serce również potrzebowało jakiejś, choćby skromnej, uroczystości. Wyraźnego rozgraniczenia między życiem prywatnym a publicznym.

No dobrze, ale dlaczego musiał to być właśnie akt pokutny? Przez całe Swoje życie Jezus nie popełnił żadnego grzechu. Jego służba była jednak nierozerwalnie związana z ludzkim grzechem. Jezus przyszedł na ziemię, aby odkupić grzech. Zaczynając tę służbę od pokuty, solidaryzuje się On z ludzkością obciążoną grzechem. Mówi, że nie przychodzi jej osądzić, ale zbawić. Przyjmując chrzest nawrócenia daje nam tym samym dowód Miłości.

Konieczne jest też, ażeby był to chrzest z rąk człowieka. Jan Chrzciciel występuje tu zarówno jako prorok Starego Testamentu, jak i – szerzej – jako reprezentant całej ludzkości.

Przyjmując chrzest z rąk proroka, Jezus wpisuje Swoją misję w całą historię zbawienia. Jest ona bowiem integralną częścią wszystkiego, co Bóg uczynił dla Narodu Wybranego począwszy od Abrahama. Nie można jej rozpatrywać w oderwaniu od Izraela, gdyż w ten sposób stałaby się wręcz niezrozumiała.

Ale Jezus stawia u początków Swej misji Jana także jako człowieka. Bóg bowiem stworzył nas bez nas, nie mógł przecież przed naszym zaistnieniem zapytać nas o zdanie. W sprawie naszego zbawienia możemy się już wypowiadać. Dlatego Bóg nie chce człowieka zbawić bez jego zgody, i człowiekowi też daje współudział w misji zbawczej.

Po przyjęciu chrztu Jezus się modlił, jak to nam mówi Ewangelia wg św. Łukasza. Wówczas „Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Łk 3,22). Rozpoczynając trudną, pełną przeciwności i niezrozumienia publiczną działalność, ludzka natura Jezusa potrzebowała umocnienia od Ducha Świętego. Zaś Jego ludzkie Serce potrzebowało zapewnienia, że jest kochany.

Także i my, jeżeli chcemy swoim życiem świadczyć o Bogu, potrzebujemy jak powietrza poczucia, że jesteśmy przez Niego umiłowani. Tylko wtedy bowiem możemy stawić czoła częstemu w takiej sytuacji brakowi miłości i zrozumienia od innych ludzi.

  1. Druga tajemnica światła
    CUD W KANIE GALILEJSKIEJ

Dlaczego Maryja zwróciła uwagę na brak wina na uczcie weselnej? Wino nie jest czymś niezbędnym do życia. Do ugaszenia pragnienia znacznie lepiej nadaje się woda; picie wina służy doznaniu przyjemności. W końcu nawet Stary Testament mówi o winie, że „rozwesela serce ludzkie”

Tak więc Maryja dba o to, by ludziom nie zabrakło przyjemności. Troską Jej Serca jest jakość życia człowieka, jego radość, aż do najmniejszego drobiazgu.

Skoro zaś Maryja troszczy się o drobne radości człowieka, to z całą pewnością można twierdzić, że podobne są troski i Samego Boga. Stoi to w sprzeczności z pokutującą tu i ówdzie ponurą wizją chrześcijaństwa, zgodnie z którą jest ono religią gloryfikującą cierpienie, smutną i pełną wyrzeczeń.

Bóg pragnie radości człowieka, pełni jego rozwoju, zdrowia, dobrobytu i szczęścia. Cokolwiek innego kłóciłoby się przecież z Bożą Miłością. Gdy coś złego spotyka któreś z Jego dzieci, On tym bardziej pragnie ofiarować mu Swoją Miłość, by w ten sposób ulżyć człowiekowi w cierpieniu.

A jest to ulga ogromna. Tylko w ten sposób powinniśmy odczytywać opowieści o cierpieniach świętych. Nie jest to żadna gloryfikacja ich udręk, czy tym bardziej wyrzut dla nas, że my takich cierpień nie doświadczamy. To tylko i wyłącznie pochwała Bożej Miłości. To świadectwo, ile może znieść człowiek, który kocha i czuje, że jest kochany.

Także na opowieści o ubóstwie świętych musimy patrzeć z odpowiedniej perspektywy. Ileż razy nasze obsesyjne gromadzenie bogactw jest jedynie próbą zapchania czymś naszej wewnętrznej pustki! Próbą zagłuszenia świadomości, że czujemy się nieszczęśliwi! Święty, będąc człowiekiem szczęśliwym i spełnionym w miłości, nie odczuwa po prostu takiej potrzeby. Gromadzi to, co mu niezbędne lub przydatne, a na coś więcej szkoda mu już wysiłku… Woli przeznaczyć swe siły na to, co dla niego ważniejsze, chociażby w oczach innych jawił się jako niebyt bogaty.

Także moralne wymagania chrześcijaństwa nie są żadnym pasmem wyrzeczeń. Kochającemu Boga człowiekowi ich spełnianie powinno sprawiać radość. Wie on wszak, że zostały ustanowione dla jego dobra. A jeśli nawet nie rozumie tego do końca, to stosowanie się do Bożych przykazań jest dla niego danym Bogu dowodem miłości. Komu zaś jest niemiłe to, co czyni ze szczerego uczucia?

Weźmy przykład – naturalne planowanie poczęć. To jest coś, czego nie zrozumie człowiek nie żyjący miłością do Boga. Dla niego niczym ono się nie będzie różnić od stosowania środków antykoncepcyjnych, może z wyjątkiem uciążliwej konieczności powstrzymania się od współżycia w dniach płodnych.

Dla wierzącego natomiast będzie to sama radość. To przecież jest dzielona ze współmałżonkiem współpraca z Bogiem, odpowiedzialne korzystanie z udzielonego nam przez Niego wspaniałego daru płodności…

A jeśli współmałżonek nas krzywdzi, zamiast okazywać miłość? Lub po prostu odejdzie od nas? Kościół zaleca wówczas wytrwanie w stanie samotnym. Nie będzie ono trudne dla człowieka świadomego Miłości Boga, gdyż nie będzie się czuł samotny. Źródłem siły będzie też dla niego nadzieja, że może ukochany człowiek zrozumie i naprawi swój błąd.

Wie on też, że z nieba czuwa nad nim macierzyńskie Serce Maryi, która kiedyś zatroszczyła się o brak wina, aby ludziom nie zabrakło radości.

  1. Trzecia tajemnica światła
    GŁOSZENIE KRÓLESTWA BOŻEGO I WZYWANIE DO NAWRÓCENIA

Dlaczego Jezus poświęcił Swe publiczne życie na głoszenie Królestwa Bożego? Czyż nie było pilniejszych spraw? Czyż ludzi nie nękały choroby, bieda i wojny, zła polityka i wyzysk słabszych? Czyż wreszcie Jego własna ojczyzna nie była pod obcym panowaniem?

Tak właśnie było i Jezus wiedział o tym doskonale. A mimo to układał przypowieści o Królestwie nie z tego świata. Poświęcił na to całe Swe nauczanie. Czy jednak to, o czym mówił, nie było jakąś abstrakcją?

Wielu z nas się wydaje, że tak. Królestwo Boże kojarzymy jedynie z życiem po śmierci, w które zresztą też wierzymy tak na wszelki wypadek – aby w razie czego uchronić się przed pójściem do piekła.

Tymczasem Królestwo Boże to jest właśnie to, czego nam potrzeba najbardziej. To przecież miłość, a człowiek został stworzony do miłości. Prawdą jest, że Królestwo Boże urzeczywistni się w pełni dopiero w niebie. Ale prawdą jest też, że może Ono, a nawet powinno, rozpocząć się już tu na ziemi.

A z głoszeniem przez Jezusa Królestwa Bożego nierozerwalnie było związane wezwanie do nawrócenia. Czyli – do urzeczywistnienia Królestwa Bożego w sobie. Właśnie już tu, na ziemi. Zaś główną cechą człowieka, który przyjął Królestwo Boże, jest, poza wszystkim innym, dobra wola. Taki człowiek będzie w miarę swych możliwości starał się zapobiec chorobom, biedzie czy wojnie. Polityka przez niego prowadzona będzie polityką dobrą. Mając władzę, na pewno nigdy nie będzie wyzyskiwał słabszych. Również jako przywódca państwowy zrozumie pragnienie samostanowienia podległych sobie narodów. I co ważniejsze – zmiany w życiu wprowadzone przez ludzi nawróconych będą trwałe, gdyż opierać się będą na wspólnej dobrej woli.

Wezwanie do nawrócenia i głoszenie Królestwa Bożego było więc u Jezusa także odpowiedzią na doczesne problemy świata. Odpowiedzią najgłębszą, najdalej idącą na drodze do ich rozwiązania. Jezus mógł także do Siebie zastosować własne słowa z Kazania na Górze: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6, 33). Był pewien, że one się sprawdzą.

No dobrze, ale co wtedy, gdy wezwanie do nawrócenia nie będzie przez większość ludzi wysłuchane? Nie znikną wówczas niesprawiedliwości i gwałty. Także i wtedy jednak głoszenie Królestwa Bożego będzie dobrą odpowiedzią na nie. Jeżeli mimo wszystko ktoś się jednak nawróci, to Miłość Boża wynagrodzi mu z nawiązką wszelkie krzywdy doznane od złego świata. Mówi prorok Izajasz: „Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi (…) i wiem, że wstydu nie doznam” (Iz 50,7). Jego nagroda na ziemi będzie wielka, a nieporównanie większa w niebieskiej chwale.

Jezus miał do przeżycia na świecie bardzo niewiele czasu. Zbyt mało, aby rozwiązać w szczegółach wszelkie problemy tego świata. Choć na pewno bardzo Go one bolały. Jego miłosierne Serce nie może pozostać nieczułe na cierpienie człowieka. Dowodem tego są choćby wszystkie cuda uzdrowień, jakich dokonał za Swego ziemskiego życia i jakich dokonuje nadal.

Mając tak mało czasu, Jezus skoncentrował się na tym, co było najważniejsze. Dał człowiekowi Królestwo Boże, czyli to, czego człowiek potrzebował najbardziej. Uzbrojony w ten najniezbędniejszy Dar sam już z Bożą pomocą może wyjść naprzeciw problemom świata.

  1. Czwarta tajemnica światła
    PRZEMIENIENIE NA GÓRZE TABOR

Dlaczego Piotr chciał zostać na Górze Tabor? I to mimo że był przestraszony? Zląkł się bowiem, jak mówi Ewangelia, tego nagłego przejawu Mocy Bożej…

Przemienienie Jezusa dokonało się podczas Jego modlitwy. To gdy się modlił, „wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,29b). Modlitwa ta musiała być szczególnie żarliwa, gdyż Jezus nie zadowolił się pozostaniem tam, gdzie przebywał, ale specjalnie dla niej wyszedł na wysoką górę.

Zresztą i w codziennej modlitwie Jezusa musiało być coś szczególnego. Ewangelista Łukasz mówi bowiem, że gdy Jezus przebywając w jakimś miejscu na modlitwie skończył ją, jeden z uczniów poprosił: „Panie, naucz nas modlić się” (Łk 11,1b). Jako pobożny Żyd uczeń ten modlił się z pewnością od dzieciństwa codziennie. Lecz ujrzawszy modlącego się Jezusa uznał, że jeszcze w ogóle nie potrafi tego czynić…

Żarliwość modlitwy Jezusa wynikała z Jego Miłości do Ojca. W Jego Sercu tliło się głębokie uczucie, które żywił zarówno jako Syn Boży, jak też jako Przedstawiciel rodu ludzkiego. Nawet Jego Miłość do ludzi wynikała z Miłości do Ojca. Nic w tym dziwnego – Miłość do ludzi każdej z Osób Boskich ma swoje źródło w wewnętrznej, międzyosobowej Miłości Trójcy Przenajświętszej.

Można powiedzieć, że cokolwiek Jezus czynił, czynił to z Miłości do Ojca. On Sam przyznaje to w stosunku do Dzieła Odkupienia człowieka. Mówi bowiem: „Życie moje oddaję za owce (…). Dlatego miłuje Mnie Ojciec, że Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (J 10,15b.17-18).

Jezus więc umiera za człowieka czyniąc to z posłuszeństwa wobec Ojca i po to, by Go Ojciec miłował. Jeżeli zaś dla Ojca przyszedł do człowieka na ziemię, to naturalne jest, że Jego ziemskie życie było wypełnione modlitwą. I to modlitwą tak żarliwą i tak pełną Miłości, że aż na Górze Tabor spowodowała objawienie się Jego Natury Boskiej.

I to dlatego właśnie Piotr pragnął tam pozostać. Proponując zbudowanie namiotów dla Jezusa i towarzyszących Mu proroków, chciał w ten sposób jak najdłużej zatrzymać chwilę ukazania się Miłości. Było mu w tej chwili dobrze, ponieważ Miłość Boża jest pierwszym i podstawowym środowiskiem życia człowieka. Człowiek został stworzony do Miłości. Gdy znajduje miłość, znajduje szczęście, i Piotr swoje szczęście odnalazł kontemplując Miłość Jezusa do Ojca.

Jaka z tego nauka dla nas? Także i my swoje szczęście odnajdziemy jedynie w Miłości Bożej. Miłość ta zaś przychodzi do nas w modlitwie, a szczególnie w modlitwie kontemplacyjnej. Nie przerażajmy się nią. To nie jest jakaś niedostępna rozkosz tylko dla wtajemniczonych. To po prostu przebywanie z Bogiem, towarzyszenie Mu myślą, patrzenie na Niego z miłością. Można też powiedzieć Mu o swoim uczuciu albo zadać jakieś osobiste pytanie. Rozwijając modlitwę kontemplacyjną, staniemy się sami szczęśliwi i zdolni również innym szczęście dawać.

Na koniec jeszcze mała intencja do tej tajemnicy Różańca. Westchnijmy w niej, aby jak św. Piotr, tak i jego Następca na Stolicy Piotrowej odnajdywał w modlitwie swoje szczęście i siłę do pracy.

  1. Piąta tajemnica światła
    USTANOWIENIE EUCHARYSTII

Dlaczego obchodzimy pierwsze piątki miesiąca? To wydaje się oczywiste – bo Jezus nas o to prosił. Lecz szczególny jest motyw tej Jego prośby. Jezus chce, byśmy przyjmując Eucharystię wynagradzali Mu za grzechy całego świata.

Dlaczego? Czyż Eucharystia nie jest Jego Darem dla nas? Czy nie przyjmujemy Jej dla naszego własnego dobra? Ona jest naszym duchowym Pokarmem, umacniającym nas w drodze do Domu Ojca. Cóż, przyjmując Ją, możemy dać Jezusowi, co by wynagrodziło Jego Sercu za doznane zniewagi?

A jednak Jezus o to nas właśnie prosi. To wydaje się być zaskakujące. Odpowiedzi musimy szukać w Jego słowach że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35). Ta prawda obejmuje też i Samego Boga.

Ustanawiając Eucharystię, Jezus przekazał nam Dar szczególny. Nic bardziej osobistego nie mógł już nam darować. Jest to przecież On Sam, w pełni Swej Boskiej Mocy dla umocnienia nas w naszej słabości. Ale też znacznie więcej – On Sam w pełni Swej Miłości, Miłości, która uleczyć może także naszą samotność. To właśnie Jego Miłości potrzebujemy najbardziej. Jego Miłości potrzebuje nasz udręczony świat.

Życie naszego ciała podtrzymujemy chlebem martwym, chociaż biorącym początek z żywego ziarna. Ale aby dać życie naszej duszy, Bóg daruje nam Żywy Chleb – Siebie Samego, aby stać się naszym Pokarmem. Jednoczy się ze Swym Ludem do granic niemożliwości, pozwalając mu się po prostu… spożyć. Czyni tak, abyśmy mogli sami stać się do Niego podobni.

Najbardziej zdumiewający jest jednak sposób, w jaki Jezus dał Swojej Eucharystii trwać aż do końca świata. Powierzył Ją komuś kruchemu, słabemu, komuś, kto udowodnił wielokrotnie, że nic tu na ziemi trwałego nie potrafi zbudować. Powierzył Ją człowiekowi. W Sakramencie Kapłaństwa uczynił samego człowieka gwarantem, że Boski Dar służyć mu będzie przez wieki, do końca historii.

O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!” (Rz 11,33). Upadają największe mocarstwa oparte na sile i strachu, a Eucharystia trwa już przez dwa tysiące lat, odnawiana codziennie ulotnymi słowami kapłana…

Moc bowiem w słabości się doskonali” (2Kor 12,8c). To Duch Święty w każdym pokoleniu wzbudza szlachetne pragnienia młodych mężczyzn, gotowych poświęcić swoje życie, ażeby nie ustała ciągłość Sakramentu Kapłaństwa. On także wzbudza w nich wytrwałość do codziennego sprawowania Sakramentu Eucharystii, by Lud Boży nie został bez Pokarmu. Delikatna Moc Boża zawstydza butną moc ludzką, jakże przy Niej ulotną i nietrwałą…

A my okażmy szacunek wielkiemu Bożemu Darowi, uczestnicząc we Mszy świętej jak najczęściej. A już przynajmniej we wszystkie niedziele oraz święta. I przyjmujmy Chrystusa do swojego serca, gdyż w ten sposób nie tylko doznamy dobra, ale też sprawimy Mu radość. Pozwolimy Mu obdarować nas życiem, gdyż Sam nas ostrzegł: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53b).

Pamiętajmy też, aby to życie w sobie rozwijać i pielęgnować. Jest do tego potrzebna nasza dobra wola. Samo „mechaniczne” przyjmowanie Eucharystii tu nie wystarczy, o tym wie każdy z nas!

  1. Pierwsza tajemnica bolesna
    MODLITWA PANA JEZUSA W OGRÓJCU

Dlaczego Jezus w Ogrójcu potrzebował obecności uczniów? Wyszedł tam, aby się modlić. Lecz przecież nieraz już w swoim życiu modlił się całkowicie samotnie. Tymczasem teraz pragnie ich obecności, trzykrotnie czyni im wyrzut, gdy zasypiają…

Jezus w Ogrójcu nie znajduje ukojenia w modlitwie. Świadczy o tym jej trzykrotne powtarzanie, gdy daremne okazują się też próby uzyskania wsparcia u uczniów. Już niedługo, wisząc na krzyżu, Jezus zawoła boleśnie: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46c). Widocznie to opuszczenie przez Boga zaczęło się już teraz, przed Męką…

Lecz zarówno to opuszczenie, jak i ucieczka uczniów w sen mają wielkie znaczenie dla nas. Stały się one bodźcem do rozwoju cudownej formy pobożności, jaką jest praktyka pocieszania Jezusa przez pokolenia wiernych chrześcijan. Żyją oni wprawdzie całe wieki po Jego modlitwie w Ogrójcu, ale przecież u Boga czas i miejsce nie są nigdy żadną przeszkodą.

Tak więc Jezus, opuszczony przez Ojca i przez uczniów, otrzymuje pociechę od nas, jeśli tylko chcemy Mu ją ofiarować. Czyż nie jest to paradoksem? Przecież to On jest Źródłem naszego życia, to od Niego my wszystko otrzymujemy. Powołani jesteśmy do tego, aby Jego Miłością obdzielać świat.

Jezus wie jednak, że to by nas stawiało niejako na pozycji żebraka. Bylibyśmy jednostronnie od Niego uzależnieni, nie mogąc ofiarować Mu nic w zamian. Dlatego daje nam możliwość pocieszania Go w Jego cierpieniu, Sam z własnej Woli stając się uczuciowo zależnym od nas.

Tak! To jest zależność z własnej Woli. Jezus jest Prawdą; nie byłoby czymś prawdziwym skłanianie nas do pocieszania Go, gdyby On tego pocieszenia od nas nie potrzebował. Tak więc Jezus, Bóg, który wystarcza Sam Sobie, wzbudza w Sobie potrzebę doznawania czułości od Swych stworzeń. Czyni tak po to, byśmy mogli okazać Mu serdeczność, abyśmy także w naszej miłości do Niego doznali tego szczęścia, którego „więcej jest w dawaniu aniżeli w braniu”…(Dz 20,35c).

Ale to jeszcze nie wszystko. Przecież wzbudzając w Sobie potrzebę naszej miłości, Jezus wie doskonale, że tylko nieliczni z nas odpowiedzą na Jego wezwanie. Ogromna większość nawet wierzących chrześcijan pozostanie uczuciowo obojętna na Miłość swojego Pana. Pozbawiony ich serdeczności, będzie On cierpiał przez wieki, aż do skończenia świata.

To cierpienie nie było konieczne. Lecz Miłosierne Serce Zbawiciela Samo skazało się na nie, byleby tylko uszczęśliwić nas szansą ofiarowania Mu miłości. Dla naszej radości wybrało Sobie udręki wiecznej samotności, aby każdy z nas mógł, gdy zechce, tę samotność ukoić. Lecz czy doczeka się tego ukojenia, czy zechcemy je Mu ofiarować?

Uczyńmy to, a znajdziemy szczęście bez granic. Cóż może się bowiem równać z dawaniem pocieszenia i czułości swojemu Stwórcy i Bogu…?

Jeżeli zaś spotyka nas cierpienie, jakaś tragiczna sytuacja, czeka trudna decyzja czy przeciwności, bierzmy przykład z Jezusa w Ogrójcu i szukajmy ukojenia w modlitwie. Módlmy się nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, kiedy to ukojenie nie przychodzi. On uczy nas tego w tej tajemnicy, a Jego rada nie może być bezowocna.

  1. Druga tajemnica bolesna
    BICZOWANIE PANA JEZUSA

Dlaczego Jezus został poddany biczowaniu? Chrześcijańska tradycja głosi, że cierpiał je, aby zadośćuczynić za nasze grzechy nieczystości. Cnota czystości musi mieć w oczach Bożych wielką wagę, skoro dla jej obrony Zbawiciel przyjął taką okrutną karę…

Nie jest to zresztą niczym zaskakującym. Wszak mówi św. Paweł, że „kto grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy” (1Kor 6,18b). I nie chodzi tutaj jedynie o niebezpieczeństwo złapania choroby wenerycznej lub AIDS. Nieuporządkowanie w sferze seksualnej czyni ogromne spustoszenie przede wszystkim w psychice człowieka.

Czyni ono ulegającą mu osobę coraz bardziej niezdolną do prawdziwej miłości. Nic w tym dziwnego, bo takie zachowania uczą instrumentalnego podejścia do drugiego człowieka. Staje się on jedynie źródłem zaspokojenia niedojrzałych potrzeb emocjonalnych, w tym potrzeby „dopieszczenia” i przyjemności. W najlepszym przypadku resztki ocalałego altruizmu każą czerpać poczucie własnej wartości z zaspokajania równie niedojrzałych potrzeb emocjonalnych partnera. Wszystko to razem nie może się dobrze skończyć.

Bóg dał nam sferę seksualną, abyśmy z niej korzystali dopiero po osiągnięciu dojrzałości. Zjednoczenie fizyczne małżonków taką dojrzałość zakłada. Jej wyrazem była przecież obietnica dochowania przez całe życie wierności wybranemu człowiekowi. Domaga się też dojrzałości sama natura tego aktu, zwróconego w kierunku przekazania życia i odpowiedzialnego wychowania potomstwa.

Tymczasem my mamy pokusę oczekiwać, że partner seksualny będzie nam namiastką idealnej „matki” lub „ojca”. Że utuli nasze „wewnętrzne dziecko”, i tym samym pomoże nam dorosnąć. Nie tędy droga! W ten sposób możemy jedynie utrwalić własną niedojrzałość. Czeka nas więc tu nieuchronne rozczarowanie.

Abyśmy mogli łatwiej to zrozumieć, Miłosierne Serce Zbawiciela przygotowało nam stosowną pomoc. Wpierw skłoniło Niepokalaną Niewiastę, którą wybrało na Swą Matkę, do wyboru drogi życia w Dziewictwie. A następnie Sam Jezus obrał też taką drogę, ażeby unaocznić nam, że nawet nie prowadząc w ogóle życia seksualnego, może człowiek dojść do pełni swej dojrzałości i zdolności kochania. Bo przecież nie będziemy Jezusa i Maryi podejrzewać o umniejszenie człowieczeństwa, prawda?

Moglibyśmy jednak powiedzieć, że Bóg-Człowiek i Matka Boża to wyjątki. Że normalnemu człowiekowi potrzebne do pełni rozwoju jest także życie seksualne. By udowodnić, że ono naprawdę nie służy do rozwijania nas, powołuje Bóg w każdym pokoleniu ludzi obojga płci do dobrowolnej, konsekrowanej czystości. Są oni dla nas znakiem, że człowiek może być szczęśliwy i w tym stanie. Że szczęście tak naprawdę daje Bóg. Że może On też w razie potrzeby „ukoić” naszą niedojrzałość, ale nie tak, aby ją utrwalić, lecz abyśmy mogli ją przełamać. Pragnie On bowiem naszego szczęścia, dojrzałości i pełni rozwoju.

A sfera seksualna? Człowiek dojrzały wykorzysta ją w małżeństwie zgodnie z Bożymi wskazówkami. Wtedy dobrze, ażeby pamiętał, że zawdzięcza swoje małżeńskie szczęście okrutnej karze biczowania Zbawiciela, która go uzdolniła do cnoty czystości. A także Dziewictwu Jego i Jego Matki, oraz tych wszystkich, którzy swym życiem przekonują, by nie wpadać w seksualne pułapki.

  1. Trzecia tajemnica bolesna
    CIERNIEM UKORONOWANIE PANA JEZUSA

Dlaczego żołnierze spletli dla Jezusa koronę cierniową? Tradycja głosi, że Jezus musiał w ten sposób odkupić ludzką pychę. Na pewno tak; ja chciałabym jednak zwrócić tutaj uwagę na nieco inny aspekt tej sprawy.

Żołnierze rzymscy „zabrali Jezusa ze sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia, włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: „Witaj, Królu żydowski!”. Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie” (Mt 27,27-30).

Dlaczego? Widać tu wyraźnie, że żołnierze nieprzypadkowo urządzili sobie tę zabawę. Bodziec do tego dał Sam Jezus, przez trzy lata głosząc o Sobie, że jest Królem. Wieść o tym dotarła do pretorium, a żołnierze, gdy nadarzyła się okazja, w niewybredny sposób ją skomentowali.

Czyżby Jezus nie wiedział, jak się to Jego głoszenie Swej Królewskości skończy? Wiedział. Przewidywał to od wieków w Boskim poznaniu. A jednak nie zawahał się głosić tego o Sobie, świadomie narażając się na wyśmianie.

Czynił tak zapewne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, ponieważ człowiek potrzebuje Jezusa jako Króla. Potrzebuje Władcy Sprawiedliwego, Mądrego, Ojcowskiego, Władcy przynoszącego ludzkości pokój i szczęście. Jezus głosząc Swoją Królewskość wychodzi naprzeciw tym potrzebom, tak jakby mówił: „Nie lękajcie się! Oto jestem! Znam wasze sieroctwo, wasze opuszczenie, zaradzę temu! Oddaję się oto waszej bezradności, tak, jak tego potrzebujecie!”

Drugi powód to solidarność z nami. Ponieważ Jezus wie, że potrzebować Go będą ludzie wszelkich czasów i pokoleń, powierza On misję głoszenia Go Swoim wiernym. Mówi: „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32n).

Ale przyznanie się do Jezusa jako do naszego Króla naraża nas na wyśmianie przez tych, wobec których się do Niego przyznajemy. Jezus więc pierwszy przyjął na Siebie drwinę z tego powodu. W ten sposób może On nas zrozumieć, współczuć nam w tym i dać siłę, żebyśmy się nie załamali.

A załamać się jest tu bardzo łatwo. Tym bardziej bowiem boli nas wyszydzenie, im bliższa, droższa naszemu sercu jest wyśmiewana sprawa. Tymczasem nasza miłość do Jezusa jest sprawą najukochańszą. Przychodzi więc w sposób naturalny pokusa ukrycia jej, nie dzielenia z nikim, w celu ochrony przed wyśmianiem.

Jednakże to właśnie ci ludzie najbardziej potrzebują ją ujrzeć, który będą z niej najgłośniej drwili i przy okazji z nas samych. Ta drwina to ich forma obrony, ukrycia tego, że wewnątrz są bardzo słabi. Spragnieni, nawet nieświadomie, Miłości Jezusa, za żadną cenę nie mogą się do tego pragnienia przyznać. Szydzą z nas ze strachu, że gdyby nie szydzili, wówczas sami mogliby zostać wyśmiani.

Lecz przez tę drwinę Miłość z naszego świadectwa przebija się do nich, ogrzewając ich lodowate, umierające z zimna serca. Otrzymują oni przez to choć trochę życia w Miłości. A więc ważne jest, byśmy się nie załamali. Serce Jezusa to wie, dlatego przyjęło coś, czego boimy się najbardziej – wyśmianie.

  1. Czwarta tajemnica bolesna
    DROGA KRZYŻOWA PANA JEZUSA

Dlaczego Jezus pocieszał płaczące niewiasty? Wszak to one przybyły, aby pocieszyć Jego. On jednak uznał je za bardziej potrzebujące pociechy, mimo że Sam dźwigał ciężki krzyż, aby zostać na nim straconym…

Jezus powiedział do niewiast: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi (…). Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23,28b.31).

Otóż to! Dlaczego Jezus jest drzewem żywym, zielonym? Ponieważ przepełnia Go Miłość; a to, co teraz czyni, czyni właśnie z Miłości. Zależy Mu na zbawieniu ludzi; więc mimo ran biczowania znajduje w Sobie dość siły, by dźwigać krzyż i nie upaść pod jego ciężarem. A gdy upadnie, Miłość daje Mu moc do powstania i do kontynuacji drogi. Mógłby bowiem umrzeć już tu, po drodze, i rzeczywiście chyba jest bliski śmierci, skoro żołnierze przymuszają postronnego człowieka, aby Mu pomógł… (Łk 23,26).

Jezus jednak ma przed Sobą cel: dojść na Golgotę. I dokona tego z Miłości, aby odkupić ludzkość i dać każdemu człowiekowi prawo do zamieszkania w Domu Ojca.

Cokolwiek czyni się z miłości, uszczęśliwia, choćby z pozoru było bolesne i trudne. Bo miłość uskrzydla, daje radość w przeciwnościach. Także Jezus na drodze krzyżowej doznawał tej radości, która dawała Mu życie pośród zabijającego cierpienia, jakiego Mu nie szczędzono.

Drzewem suchym, martwym jest zaś Izrael, a szerzej – ogromna większość ludzkości. „To ci, których dążenia są przyziemne” (Flp 3,19b), jak mówi św. Paweł. Ludzie ci nie starają się o to, aby zrobić w swym sercu miejsce dla Bożej Miłości.

To nad ich losem, nie nad Sobą, ubolewa Jezus podczas drogi krzyżowej. Oni nie dość bowiem, że nie mają prawdziwego życia w sobie, lecz nadto czeka ich jeszcze zadośćuczynienie Sprawiedliwości Bożej. „Ich losem zagłada” – przestrzega św. Paweł (Flp 3,19a).

Spośród nich o prawdziwym szczęściu mogą powiedzieć ci, który poprzez bezmierne cierpienia czyśćcowe dojrzewać będą do życia w Królestwie Bożym. Nawet, jeśli w niektórych przypadkach trwać to musi aż do skończenia świata. Lecz dla tych, których udręki okażą się wiecznotrwałe, pozostanie jedynie rozpacz nie do ukojenia nigdy…

A dla Serca Jezusowego, które przecież ich umiłowało nie mniej niż Swoich zbawionych? Każde potępienie człowieka to dla Jezusa tragedia. Ten, który oddał za nich życie, musi patrzeć, jak na całą wieczność pozostają w niewyobrażalnych mękach. Dręczeni przez szatana, z własnego swojego wyboru z dala od Źródła życia, jakim jest Bóg… Z dala od Źródła Miłości.

Dlatego Jezus płacze nad nimi podczas Swej drogi krzyżowej. Dlatego prosi o wspólnotę w tym płaczu niewiasty jerozolimskie i nas. Dlatego też możemy ulżyć Jezusowi w cierpieniach Jego Męki.

Jak? W jaki sposób? Po prostu – módlmy się o ratunek dla tych, który są zagrożeni przez możliwość utraty zbawienia. Ofiarujmy swe cierpienia za nich, zawsze w serdecznej łączności z cierpieniami ich Zbawiciela. Niech raduje się On niebem dla nich.

Módlmy się także za tych, którzy w czyśćcu na niebo oczekują. Niech jak najprędzej je osiągną, przynosząc radość Jezusowi swą radością!

  1. Piąta tajemnica bolesna
    UKRZYŻOWANIE PANA JEZUSA

Dlaczego Jezus musiał umrzeć na krzyżu? No nie, przecież takie pytanie to już czysta bezczelność z mojej strony! Każdy wie, że Zbawiciel w ten sposób zmazał grzechy całej ludzkości. Przewrotnością jest poddawanie w wątpliwość podstawowej prawdy naszej wiary.

Ale… Apostołka Bożego Miłosierdzia, św. Siostra Faustyna napisała, że Jezus mógłby jednym Swoim westchnieniem odkupić cały świat. Że cała Jego bolesna Męka, wszystkie Jego cierpienia są tylko świadectwem Miłosierdzia Jego Serca. Jak to należy rozumieć?

Trzeba się nam tu cofnąć aż do Dzieła stworzenia świata. Nauka Kościoła głosi, że Bóg stworzył wszystko dobre, doskonałe, a cierpienie i śmierć weszły na świat jako następstwo grzechu pierworodnego. Że człowiek sam ściągnął je na siebie, opierając się Bożemu Prawu.

I właśnie z tego powodu umarł Chrystus. Ażeby zgładzić grzech, wybrał to, co grzech właśnie na człowieka sprowadził. Z całej nieskończonej wręcz liczby możliwości ta jedna wydała się najsłuszniejsza Jego Sercu. Poddał się cierpieniu i śmierci, bo to z naszej własnej winy one nas dotykają. Czyniąc tak, dał nam dowód Miłości…

Ale nie tylko to, bo odtąd zło, które człowieka gnębi, stało się narzędziem zbawienia. Człowiek może je nim uczynić, łącząc swoje cierpienia z bolesną Męką Zbawiciela. Tym samym zawinione zło zyskało sens, mogąc doprowadzić do dobra. Oto jaka cudowna jest tajemnica Bożej Miłości!

Lecz śmierć na krzyżu to nie wyłącznie tylko Dzieło Samego Jezusa. Towarzyszyła Mu w niej Jego Matka. Ona nie obraziła się na Swego Syna, jak to by uczyniła na Jej miejscu niejedna matka ziemska. Nie czyni Mu wyrzutów, że to przez własną Swą działalność ściągnął On to cierpienie na Siebie i na Nią. Nie próbuje wzbudzać w Nim poczucia winy. Przeciwnie – solidaryzuje się z Nim, wspierając Go Swą obecnością w trwodze konania. Aż do końca, pomimo konsekwencji, nie przestaje uważać Jego działalności za słuszną i prawą.

Jezus przyjął wsparcie Swojej Matki w prostocie Najświętszego Serca. Nie próbował oszczędzić Jej cierpienia. Mógł Ją przecież zostawić w domu w Nazarecie, pod opieką krewnych, aby Jego Męki nie widziała… Rozumiał jednak, że potrzebą Jej Serca było towarzyszyć Synowi we wszystkim, nawet za cenę współcierpienia. Wsparcie Jej było dla Niego tym cenniejsze, że przeżywał ból opuszczenia przez umiłowanego Ojca (Mt 27,46. Mk 15,34). Umierając poprosił Ją jeszcze, by podobnego wsparcia udzielała odtąd każdemu człowiekowi (J 19,25-27).

W jaki sposób możemy okazać solidarność z Jezusem ukrzyżowanym? Weźmy Maryję do siebie, podobnie jak to uczynił Jan. Jezus dając nam Ją za Matkę, podzielił się z nami Swym życiem osobistym, najprywatniejszymi uczuciami. Nie wypada pozostać obojętnym na taki szczególny Dar.

I nigdy, ale to przenigdy, nie traćmy zaufania do Ojca. Nie mamy do tego najmniejszego powodu. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Tenże Syn nawet opuszczony przez Ojca, umierając oddał Mu ufnie Swego Ducha (Łk 23,46). A my, których Ojciec nie opuszcza, jak możemy Mu nie zaufać?

  1. Pierwsza tajemnica chwalebna
    ZMARTWYCHWSTANIE PANA JEZUSA

Dlaczego Chrystus zmartwychwstał? Przecież jeśli o Niego chodzi, to nie musiał tego robić… Jego ludzka Dusza nie umarła wraz z Ciałem na krzyżu. Żyła Ona nadal. A już tym bardziej Jego wiecznotrwałe Bóstwo!

Skoro zaś Chrystus nie zmartwychwstał dla Siebie, to z pewnością uczynił to dla nas. I rzeczywiście – jak mówi św. Paweł, “jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w waszych grzechach” (1Kor 15,17). Otóż to. Zmartwychwstanie Chrystusa jest dla nas znakiem Jego zwycięstwa nad naszym grzechem i konsekwencją grzechu – śmiercią.

Zmartwychwstanie Chrystusa jest więc dla Apostoła dowodem na nasze przeznaczenie do zmartwychwstania. Jako takiego używa on go w dyskusji z oponentami. Pisze do tych, co mu zaprzeczają: “Okazuje się bowiem, że byliśmy fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstaną, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa” (1Kor 15,15). Te dwie sprawy ściśle się według niego wiążą. “Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał” (1Kor 15,13). Koniec, kropka.

To przejście ze śmierci do życia nie było jednak dla Jezusa czymś obojętnym. Przeciwnie, głęboko dotykało Jego Serca. “Z głośnym wołaniem i płaczem za swych dni doczesnych zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości” (Hbr 5,7). Bardzo zależało Jezusowi na życiu Jego Ciała, a wysłuchanie Jego prośby z Getsemani objawiło się w pełni właśnie w zmartwychwstaniu.

I było to wysłuchanie głębsze, niż gdyby polegało tylko na przedłużeniu Jego życia doczesnego. Zmartwychwstanie jest zupełnie nową jakością. “Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe” (1Kor 15,42b-44a). W dalszym ciągu jednakże jest to ludzkie ciało…

To bardzo ważne! Jezus powstając z martwych przywdział na Siebie chwalebne, lecz ludzkie ciało. Objawił nam tym samym, że pragnie na całą wieczność pozostać w pełni Człowiekiem. Że ludzka natura nie była Mu potrzebna tylko przez ograniczony ziemski czas. Bardzo Mu na niej zależy. Z Miłości do nas jest naszym ludzkim Bratem nie jedynie w historii, ale nadal.

Bardzo Mu też zależy i na naszych ciałach. Szanuje je i uczyni chwalebnymi przy końcu świata. Nie jest więc prawdą, co się niekiedy myśli, że tylko dusza człowieka jest dla Jezusa ważna. Kłam temu gnostyckiemu podejściu zadaje choćby obowiązek troski o zdrowie, jaki Kościół na chrześcijanina nakłada.

Było to oczywiste w Kościele już od samego początku. Apostoł pisze: “Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje” (Ef 5,29). Przyjąć krzyż cierpienia i choroby należy dopiero wówczas, gdy nie daje się jej wyleczyć. Nie wcześniej!

A i wtedy mamy mieć nadzieję w zmartwychwstaniu. Bo przecież “Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy” (Rz 6,9). Podobnie i my uwolnieni zostaniemy od wszelkich chorób i słabości na zawsze.

  1. Druga tajemnica chwalebna
    WNIEBOWSTĄPIENIE PANA JEZUSA

Dlaczego Jezus pobłogosławił Swych uczniów przed wstąpieniem do nieba? (Łk 42,50). Zostawił im na ziemi do wypełnienia zadanie. Sądzić więc można, że to powodzenia w głoszeniu Słowa Bożego życzył im odchodząc do Ojca. Jego błogosławieństwo ma jednak sens znacznie głębszy, a korzenie aż w czasach Patriarchów.

Odchodząc z ziemi, z dawien dawna ojcowie błogosławili swoje dzieci. Stary Testament przykłada do tego błogosławieństwa wielką wagę. I tak Księga Rodzaju opowiada, jak to Jakub oszukał swego ojca Izaaka, aby otrzymać od niego błogosławieństwo przeznaczone dla starszego brata Ezawa (Rdz 27, 1-29). Gdy Izaak zorientował się, co się stało, nie mógł już odebrać Jakubowi danego słowa, by pobłogosławić nim swego syna pierworodnego (Rdz 27,37). Ezaw otrzymał obietnicę gorzkiego losu, złagodzoną jedynie zapewnieniem jego poprawy w przyszłości (Rdz 27,38-40). Wszyscy byli tak pewni znaczenia tego wydarzenia, że starszy brat postanowił zabić młodszego za krzywdę, jaką ten mu wyrządził (Rdz 27,41).

Jakub musiał się więc ratować ucieczką przed Ezawem. Ucieczka się powiodła i oto Jakub u kresu długiego życia również pobłogosławił swoich dwunastu synów (Rdz 49,1-28). Wcześniej zaś pobłogosławił swych wnuków, synów Józefa, których usynowił (Rdz 48,8-20).

Jezus także jest Ojcem dla tych, którzy na ziemi pełnią Jego Wolę. Wyraża to On wielokrotnie, nazywając za życia “dziećmi” Swoich Apostołów (J 13,33). Odchodząc więc z tego świata do Ojca, błogosławi ich, jak to czynił w tej sytuacji od niepamiętnych czasów każdy ojciec.

Ale i powodzenia w wypełnianiu Woli Bożej życzy Jezus z całego Swego Serca Swoim wiernym. Wie On bowiem, że przeciwności są bez porównania silniejsze od nas. “Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw duchowym pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6,12). Bez pomocy Boga nic byśmy tu nie wskórali, jak to Sam Jezus przyznał: „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5c). Dlatego też nas zapewnił: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20b).

Dlaczego więc nie pozostał fizycznie z nami na ziemi? Bo wówczas Jego działalność nadal byłaby fizycznie ograniczona. Ogólnoświatowy zasięg, tak jak pragnął, mógł jej nadać jedynie z nieba, gdzie „siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami” (Rz 8,34c).

Cała ludzkość potrzebuje Jezusa. On Sam Swoją możliwość dotarcia do niej widział jedynie w Swoim Wniebowstąpieniu. Powiedział uczniom: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12). Większe od tych właśnie przez swoją skalę, obejmującą swym zasięgiem cały świat.

Jezus przebywając na ziemi mógł być blisko tych, których fizycznie spotykał. Mógł im okazywać Swą Miłość, uzdrawiać, rozmawiać z nimi. Teraz, zasiadając w niebie po prawicy Boga, może być blisko każdego człowieka na ziemi. Wystarczy, ażeby człowiek tego pragnął. Jednoczmy się więc z Jezusem, bo jak mówił: “Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity” (J 15,5b). A chcemy przynosić owoc, prawda?

  1. Trzecia tajemnica chwalebna
    ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO NA MARYJĘ I APOSTOŁÓW

Dlaczego Maryja, po zesłaniu Ducha Świętego, nie poszła ewangelizować? Zstąpił On przecież na Nią tak samo jak i na Apostołów… A nawet szczególnie zstąpił na Nią; nie mógł bowiem nie wyróżnić Swej Oblubienicy wyjątkowo czułą Miłością… Tymczasem to właśnie zgromadzeni w Wieczerniku Apostołowie zdają się pełniej od Niej reagować na przybycie Boskiego Gościa. Wybiegają na zewnątrz, by wszystkim ludziom głosić Dobrą Nowinę o Zmartwychwstaniu Chrystusa.

Lecz co w tym czasie czyni Maryja? Pozostaje w Wieczerniku, aby się – rzecz jasna – za nich modlić. A nawet niekoniecznie za nich. Po prostu adoruje Ducha Świętego, który po dziewięciodniowym oczekiwaniu z gwałtownym szumem napełnił Ją na nowo Swoją Łaską (Dz 2,1-4).

Czy Maryja nie sprzeniewierza się w ten sposób obowiązkowi głoszenia Ewangelii, któremu z takim zapałem oddają się Apostołowie? O nie, Ona czyni coś o wiele większego niż oni! Pośród bowiem wszystkich dzieł, choćby najświętszych, którym oddaje się człowiek, najważniejsze jest jego wewnętrzne zjednoczenie z Bogiem. Nikt zaś ze stworzeń nie był nigdy, ani nie będzie w historii, tak ściśle i gorąco zjednoczony z Bogiem, jak Matka Boża.

Wszystkie zaś czyny człowieka są tylko czymś zewnętrznym, wynikają z jego modlitwy (lub jej braku) do Boga. Kto z ludzi nam współczesnych mógł być bardziej świadomy wartości głoszenia Ewangelii, niż Święty Papież Jan Paweł II? A jednak wyznał on: “Krótka chwila prawdziwej adoracji ma o wiele większą wartość i przynosi więcej duchowych owoców, niż najbardziej wytężona działalność, nawet jeśli jest to działalność apostolska”. Takiej właśnie adoracji oddała się Maryja w chwilę po zesłaniu Ducha Świętego na Nią i na Apostołów.

Nie znaczy to, że Maryi obojętne są sprawy Kościoła. Zależy Jej bardzo na rozszerzaniu się Królestwa Bożego na ziemi. Dała temu wyraz modląc się wraz z Apostołami w dniach poprzedzających Pięćdziesiątnicę. Wiedziała przecież, że Jezus, Jej Boski Syn, zalecił im tę modlitwę właśnie jako przygotowanie do dzieła ewangelizacji (Dz 1,4-8). Maryja wspierała Apostołów w tym przygotowaniu. Nieprzypadkowo czcimy Ją w dzień po Uroczystości Zesłania Ducha Świętego jako Matkę Kościoła.

Ale pierwszą potrzebą Serca Niepokalanej jest Jej osobista więź z Bogiem. Dlatego kiedy Duch Święty już zstąpił na Apostołów, a oni poszli głosić Dobrą Nowinę ludowi, Maryja powierzyła Bożej Opatrzności sukces ich ewangelizacji. Sama zaś oddała się temu, czego Jej Serce zawsze pragnęło najbardziej – adoracji.

I my możemy w tym Ją naśladować. Nie zapominajmy nigdy o modlitwie kontemplacyjnej, o adoracji. Wygospodarujmy na nią miejsce w czasie wolnym od pracy. Oddawajmy się jej regularnie, a zobaczymy, że daje nam ona więcej odpoczynku, niż dotychczasowe rozrywki, często wręcz męczące.

Dbajmy też o naszą więź z Bogiem podczas spełniania codziennych obowiązków. Zawsze bowiem możemy pracować w Jego czułej Obecności. A przebywając z bliskimi i przyjaciółmi, rozmawiajmy z nimi o Bogu. On doda wówczas głębi tym rozmowom.

  1. Czwarta tajemnica chwalebna
    WNIEBOWZIĘCIE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

Dlaczego Jezus wziął Swoją Matkę do nieba z duszą i ciałem? Mówi się zwykle, że oddzielenie – przy śmierci – duszy od ciała jest konsekwencją grzechu, i jako takie nie dotyczyło Maryi, która przecież od grzechu była zupełnie wolna. Tak samo Jezus – który jednak umarł za grzechy całego świata. Jego Matka jest Współodkupicielką. Swego udziału w Dziele Odkupienia dokonała bez osobistej śmierci, lecz wysłużyła Swoją palmę męczeństwa stojąc pod krzyżem Syna.

Stała zaś pod Jego krzyżem z Miłości. Nie do wyobrażenia dla nas jest Miłość, jaka łączyła i nadal łączy Jezusa i Maryję. To coś o wiele więcej niż tylko miłość macierzyńska i synowska. Tych Dwoje kocha się jako Matka i Syn, ale także jako Stwórca i Stworzenie, oraz jako Partnerzy w wielkim Dziele Odkupienia ludzkości. Ponadto żyjąc na ziemi doświadczali Oboje wspólnego poczucia samotności, jakim było dla Nich doświadczenie bycia wolnym od grzechu w środowisku ludzi obarczonych grzechem pierworodnym. To doświadczenie musiało Ich dotykać aż do najżywszej głębi Serca. Było przemożne; i dla każdego z Nich To Drugie było jedyną Osobą, jaka Je mogła zrozumieć i współczuć w tej samotności. To jeszcze wzmocniło więź łączącą Najświętsze Serce z Sercem Niepokalanym.

Nic dziwnego, że Jezus, kochając tak Swoją Matkę, chciał po Jej ziemskim życiu mieć Ją ze Sobą całą. Nie tylko duszę, ale i uwielbione ciało. Człowiek bowiem jest jednością ciała i duszy; tak został przez Boga stworzony i tak jest przez Niego postrzegany.

Bóg także stworzył człowieka jako mężczyznę i niewiastę. Każdy z nas, w swym najgłębszym jestestwie, funkcjonuje jako “on” albo “ona”. Te dwa sposoby bycia człowiekiem wzajemnie się dopełniają. I to nie tylko przy przekazywaniu życia. Choć rozmnażanie jest tym ludzkim dziełem, w którym mężczyzna i kobieta dopełnić się mogą najbardziej.

W ogóle, jak pisze św. Paweł, “u Pana ani mężczyzna nie jest bez kobiety, ani kobieta nie jest bez mężczyzny” (1Kor 11,11). Tak więc oboje muszą wszędzie być reprezentowani. Jezus wstąpił do nieba po Swoim Zmartwychwstaniu; udał się tam jako do ojczyzny, którą opuścił na krótko dla spełnienia ziemskiego zadania. Lecz teraz, po ziemskim życiu, Jezus jest już na całą wieczność Człowiekiem. Skoro więc wstąpił do nieba jako Mężczyzna, musiała się też tam znaleźć Maryja jako Niewiasta…

Chrystus i Matka Najświętsza to Nowy Adam i Nowa Ewa. Najpełniejsze wcielenie pary ludzkiej. Ziemskich małżonków Adama i Ewę zastąpili w niebie Matka i Syn. W dodatku Syn jest Stwórcą Matki, to nie On od Niej, ale Ona od Niego pochodzi. Wskazuje to, że u Boga męskość i kobiecość ma o wiele szersze i głębsze znaczenie, niż tylko proste dopełnienie płci przy rozmnażaniu.

“Jak bowiem kobieta powstała z mężczyzny, tak mężczyzna rodzi się przez kobietę. Wszystko zaś pochodzi od Boga” (1Kor 11,12). Nie możemy poddawać się powierzchownemu wrażeniu, że chrześcijaństwo jest tylko patriarchalne. Kobiecość ma w niebie swoją Reprezentantkę. Została tam Ona zaproszona, aby być radością Swojego Boga.

Podnieś więc głowę, niepozorna ziemska kobieto, bo kobiecość ma u Stwórcy wielką wartość!

  1. Piąta tajemnica chwalebna
    UKORONOWANIE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY NA KRÓLOWĄ NIEBA I ZIEMI

Dlaczego Maryja jest Królową? Owszem, jest to najdoskonalsze z Bożych stworzeń, lecz przecież Królem wszelkiego stworzenia jest Sam Bóg. Czy trzeba było, aby i Ona królowała?

Widocznie tak. Bóg jest Stwórcą; Maryja jest Stworzeniem. Może więc czuć solidarność z innymi stworzeniami, i może troszczyć się o nie jako jedna z nich.

A królowanie jest troską. Maryja daje temu wyraz przez wieki w Swych objawieniach, prosząc ludzi, aby modlitwą i pokutą ratowali przed Bożym Gniewem świat.

Nie znaczy to, że Maryja sprzeciwia się Woli Bożej. Była i jest Ona z Wolą Bożą najdoskonalej zjednoczona. To znaczy, że Bóg Sam nie chce karać zbolałej ludzkości, lecz dał jej Maryję za Królową, aby z miłości do Niej ludzie się nawracali…

Maryja przejmuje się do głębi Serca wszelkimi ludzkimi nieszczęściami. To przecież do Niej modlą się chorzy w rozlicznych sanktuariach, i nieraz dostępują uzdrowienia. Jej Orędownictwa wzywamy podczas głodu, wojny, klęsk różnego rodzaju. Znamy zwyczaj święcenia gromnicy; dawniej zapalano ją w oknie podczas burzy, aby Maryja chroniła dom przed piorunami.

Najbardziej jednak leży na Sercu Matce Bożej sprawa życia wiecznego człowieka. Podczas objawienia w Fatimie prosiła dzieci: “Módlcie się za grzeszników, bo wielu grzeszników idzie do piekła tylko dlatego, że nikt się za nich nie modli”. Dobrze, abyśmy tę prośbę wzięli sobie do serca my także.

Maryja troszczy się także i o tych, którzy w czyśćcu przygotowują się do życia wiecznego z Bogiem. Tradycja głosi, że często ich odwiedza, niosąc ulgę w cierpieniu Swą obecnością. A także osobiście wyzwala z czyśćca, zwłaszcza w Wigilię Bożego Narodzenia. Świętem Jej Serca jest, gdy może kogoś z czyśćca wyzwolić.

Sama tylko troska o świat nie jest jednak przyczyną, że Maryja została wybrana na jego Królową. Ukoronowanie Najświętszej Panny ma swoje źródło przede wszystkim w Jej Boskim Macierzyństwie. Oto co widział w swej wizji św. Jan Ewangelista: “Potem wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce, i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. A jest brzemienna. I woła, cierpiąc bóle i męki rodzenia (…). I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasał rózgą żelazną. I zostało uniesione jej Dziecię do Boga i do Jego tronu” (Ap 12,1-2.5). To jest dobitne powiązanie Królowania Maryi z faktem, że jest Ona Matką Jezusa.

I też jedyne uzasadnienie tego, że jest Królową nie tylko ziemi, lecz i nieba. Bo niebo nie wymaga już Jej troski. Zaludnione jest zbawionymi, świętymi, którzy doczesną próbę mają już za sobą. Jak mówi Jezus: “Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki (…).I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca” (J 10,28b.29b). A także żyją w niebie Aniołowie, którzy już przy stworzeniu dokonali swego wyboru. Oni też już na wieki utrwaleni są w Bogu. Maryja jest również ich Królową.

To powszechne Królowanie Maryi jest bardzo ważną nauką dla nas. Przypomina nam, że należymy nie tylko do tego świata. Mamy współudział w życiu cierpiących w czyśćcu, a także zbawionych w niebie i Aniołów. Oni wszyscy wraz z nami należą do jednej społeczności, bo są poddanymi jednej i tej samej Królowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: